Tabletki na życie
Maja Wąsała
TABLETKI NA ŻYCIE
111 opowieści rozjaśniających życia treści
Copyright © 2023 Maja Wąsała
Copyright © 2023 Biały Wiatr sp z oo
– Mamo, nakleisz mi plasterek na palca?
– Tutaj?
– Tak.
– Ale tu nie ma żadnej rany, synku.
– To nic. Kiedy to zrobisz, uleczysz mnie całego.
SPIS TREŚCI
WSTĘP
CZĘŚĆ 1: PO PROSTU ŻYCIE
Tabletka na życie
Tabletka na zapalenie duszy
Tabletka na brak
Tabletka na wieczne nigdy
Tabletka na wstyd
Tabletka na karierę
Tabletka na nieuważność
Tabletka na obfitość
Tabletka na konsumpcję
Tabletka na wiosnę
Tabletka na strach
Tabletka na śmierć i życie
Tabletka na koniec świata
Tabletka na dobre zmarnowanie dnia
CZĘŚĆ 2: CZŁOWIEK CZŁOWIEKOWI ANIOŁEM
Tabletka na życzliwość
Tabletka na porównywanie
Tabletka na dobry dzień dobry
Tabletka na codzienne upadki
Tabletka na anioły
Tabletka na pośpiech
Tabletka na złe słowa
Tabletka na lekarza
Tabletka na myślenie
Tabletka na czarną godzinę
Tabletka na kłamstwo
Tabletka na ból
Tabletka na gaszenie
Tabletka na bycie lepszym
Tabletka na depresję
Tabletka na ludzką krytykę
CZĘŚĆ 3 : BYĆ KOBIETĄ
Tabletka na zmęczenie życiem
Tabletka na nieczułość
Tabletka na zakupy
Tabletka na bycie najświętszą
Tabletka na trójpolówkę życia
Tabletka na zazdrość
Tabletka na zbyt dobrą pamięć
Tabletka na ósmy dzień tygodnia
Tabletka na siebie
Tabletka na szary dzień
Tabletka na złote rady
Tabletka na wariatkę
Tabletka na głupie myśli
Tabletka na życiowe wypalenie
Tabletka na Boże Narodzenie
Tabletka na starzenie
Tabletka na wewnętrznego krytyka
Tabletka na gasnącą miłość
Tabletka na życiowy perfekcjonizm
Tabletka na powolność
Tabletka na zbyt czysty dom
Tabletka na zwolnienie
CZĘŚĆ 4: ON I ONA ORAZ MIŁOŚĆ SZALONA
Tabletka na żonę doskonałą
Tabletka na fit kuchnię
Tabletka na obiad
Tabletka na razem lepiej
Tabletka na małżeństwo
Tabletka na poradniki o miłości
Tabletka na wieloletnie pożądanie
Tabletka na randki powszednie
Tabletka na trudne powroty
Tabletka na rozwód codzienny
Tabletka na męża
Tabletka na (wystarczająco) udany związek
Tabletka na mindfulness z Wieśkiem w tle
Tabletka na mężczyznę Nowej Ziemi
CZĘŚĆ 5: GDYBY NIE DZIECI, GDYBY NIE RODZINA
Tabletka na zbyt grzeczne dzieci
Tabletka na Dzień Matki
Tabletka na prawdziwe lato
Tabletka na życie z pasją
Tabletka na rodzicielstwo
Tabletka na bezwarunkową miłość
Tabletka na brak skrzydeł
Tabletka na zbyt poważne życie
Tabletka na wakacje
Tabletka na dorosłe dzieci
Tabletka na deszcz
Tabletka na rodzinę z krwi i kości
Tabletka na marzenia
Tabletka na niedzielną nudę
Tabletka na niechciany dar
Tabletka na zmartwioną matkę
Tabletka na wiarę
CZĘŚĆ 6: ROZMOWY Z MISTRZAMI
Tabletka na brak światła
Tabletka na łzy
Tabletka na Wielkanoc
Tabletka na śmiertelność
Tabletka na chorobę
Tabletka na szczęście I
Tabletka na życiową porażkę
Tabletka na ból życia
Tabletka na brak pasji
Tabletka na niedecyzyjność
Tabletka na powrót do Źródła
Tabletka na odwagę
Tabletka na brak sukcesu
Tabletka na ciągłe poszukiwania
Tabletka na uzdrowienie
Tabletka na przemądrzałość
Tabletka na szczęście II
Tabletka na iluzję i łatwowierność
Tabletka na brak sensu
CZĘŚĆ 7: BOSKIE SPRAWY
Tabletka na Boga Żywego
Tabletka na nienasycenie
Tabletka na zabicie duszy
Tabletka na oświecenie
Tabletka na grę w życie
Tabletka na jęczenie
Tabletka na Matkę Boską
Tabletka na modlitwę
Tabletka na nawrócenie
Ostatnia tabletka na życie
O AUTORCE
WSTĘP
Czy można chorować z powodu życia?
Intrygujące pytanie, na które odpowiedź nie jest taka prosta.
Można z powodu życia cierpieć, można się cieszyć, można być zagubionym. Najczęściej szukamy wówczas rozwiązań. Nierzadko próbujemy uciekać od bólu i dyskomfortu… w udawanie, w wyparcie, w odkładanie, w nałogi, w nieczucie. Tak czy owak większość z nas w pewnym momencie życia doświadcza jakiegoś kryzysu, załamania lub choroby, których celem jest jedno…. spotkać się ze sobą, zacząć odpowiadać na trudności i wyzwania… najczęściej po to, żeby wreszcie stawiać się do życia i wziąć za nie odpowiedzialność
To nie są łatwe momenty. Pojawia się mnóstwo pytań… po co to wszystko? Dlaczego ja? Czy naprawdę muszę wybierać? Czy muszę tak cierpieć? Czy muszę tracić, żeby zyskać? Jest w nas pokusa, żeby tak jak wcześniej iść na skróty i żyć, jak do tej pory.
Ale życie jest bardzo mądre. Postawi przed nami kolejną sytuację czy kolejną osobę, żeby zachęcić nas do dokonywania bardziej świadomych wyborów.
Tabletki na życie to zbiór tekstów, który stanowi przewodnik po zakrętach życia… a tabletki, jak wiadomo, są różne.
Niektóre działają natychmiast… są jak pocieszenie i ulga.
Inne… gorzkie, działają wolniej, odsłaniając prawdziwe przyczyny i wzorce naszych zmagań.
Są też tabletki, które rozpuszczają latami nagromadzone toksyny.
Wszystko po to, żeby przestać siebie oszukiwać i zacząć żyć w zgodzie z dwoma przykazaniami miłości.
Kochaj siebie.
Kochaj innych tak, jak potrafisz kochać siebie i swój los.
Czy te tabletki leczą z naszych bolączek i udręki?
Tak, o ile uznamy, że to do nas należy odpowiedzialność za to, co robimy ze swoimi uczuciami i chęcią unikania tego, co jest wyzwaniem.
Sprawy trudne, ale dotknięte z odwagą, uważnością i życzliwością, prowadzą do uwolnienia serca.
A uwolnione serce prowadzi do Miłości.
Tabletki w tej książce mają wiele postaci. Czasami są krótkimi przypowiastkami, a czasami opowieściami o tym, jak my, ludzie, możemy sobie nawzajem pomóc przez zauważenie w drugim człowieku własnej historii.
Przed tobą, droga Czytelniczko i drogi Czytelniku zbiór opowieści, które otwierając serce, mogą sprawić, że twoje życie stanie się wielką lekcją ŻYCIA, do której wreszcie, po wielu latach, przystąpisz bez żalu, pretensji i obwiniania, za to z większą odwagą i ciekawością.
Tego ci życzę – życia, które jest rozpoznawaniem i przyjmowaniem ukrytych skarbów.
WEŹ TABLETKĘ NA ŻYCIE I ŻYJ ODWAŻNIE!
CZĘŚĆ 1
PO PROSTU ŻYCIE
Od rana do wieczora, a nawet w nocy, dopada nas życie. Wielka potężna siła, która doprowadza do odrzucenia starych programów i wybrania prostych rozwiązań, bo to, co proste, nigdy nie zawodzi.
No właśnie… gdyby tak porzucić nadmierne myślenie i domyślanie się, o co chodzi w życiu, co ktoś pomyślał, co chciał powiedzieć i dlaczego stało się tak, jak się stało, odzyskalibyśmy dużą część naszej życiowej energii.
Pytanie, co jest potrzebne, żeby przestać nadmiernie myśleć, działać i oceniać?
Pierwszym krokiem jest zauważenie.
Prosta uważność.
Drugim, przytomna obecność w tym, co właśnie się wydarza, otwarte oczy i uszy.
Czy potrafisz się zatrzymać, żeby zacząć żyć z większą uważnością?
TABLETKA NA ŻYCIE
To był środek nocy, ale stary aptekarz wyjątkowo wziął dyżur. Mógł tego nie robić, ale z jakiegoś powodu był na miejscu.
– W czym mogę pomóc?
Tej nocy nie padał deszcz, a mimo to twarz kobiety była mokra.
– Czy coś się stało? – zaniepokoił się mężczyzna.
Kobieta otarła dłonią policzki i wzięła oddech.
Westchnęła.
– Czy ma pan może tabletkę na życie?
Zapadła cisza.
Mężczyzna zakasłał. Zastanawiał się, czy może powiedzieć kobiecie to, co usłyszał pewnej nocy kilkadziesiąt lat wcześniej. Nie wiedział, czy mu uwierzy.
– Oczywiście, że mam. Proszę poczekać.
Nie było go dobrą chwilę, a gdy wrócił, szedł bardzo powoli, niosąc coś ostrożnie.
To był kubek z parującym płynem. Podał go kobiecie.
– Proszę napić się tej herbaty.
Kobieta upiła kilka łyków, badając smak napoju.
-Rozumiem, że w środku jest tabletka?
-Tak.
Aptekarz przyglądał się jej twarzy. Cienie pod oczami znikały, a na policzkach pojawiły się delikatne rumieńce.
Usiadł obok kobiety i nic nie mówił.
Nie spieszył się. Nie pytał.
Po prostu był przy niej.
Lek działał.
W końcu kobieta się odezwała.
– Czy mogę o coś zapytać?
Aptekarz się uśmiechnął.
– To była zwykła herbata, prawda?
– Prawda.
– W takim razie co jest TABLETKĄ NA ŻYCIE?
– Mogę to zdradzić, ale pani powie to komuś, kto spyta o to samo. Zgoda?
– Jasne.
– Tabletką na życie jest uwaga, czas i życzliwość.
– To zbyt proste. I takie zwykłe.
– Takie jest życie. Proste i zwykłe. I nie trzeba go komplikować.
– A co jeśli lek nie zadziała?
– Proszę wziąć więcej tych tabletek.
Noc była wyjątkowo długa, a tabletka zadziałała.
Dzisiaj ty możesz przekazać ją dalej.
TABLETKA NA ZAPALENIE DUSZY
Pewna Dusza strasznie płakała.
Mężczyzna, którego chciała prowadzić, nieustannie przed nią uciekał.
Miał wrażliwe, dobre serce, ale ukrywał ten fakt na wszelkie możliwe sposoby.
Kiedy tylko się zbliżała, jego serce zaczynało drżeć. Bardzo bał się tego odczucia, więc zaciskał serce z całej siły, w czym pomagał mu kieliszek wódki i rubaszne żarty.
Śmiał się najgłośniej w całej wsi.
Był pierwszy do picia od świtu do nocy.
Wszystko po to, żeby nikt nie zobaczył, kim jest w swojej istocie.
A jedynym, czego chciała Dusza, to przytulić go i wyszeptać, że kocha w nim wszystko, co ów człowiek chce ukryć.
Im bardziej Mężczyzna uciekał, tym bardziej siebie nienawidził.
Pewnego dnia, gdy leżał w rowie po kolejnej upojnej nocy i nie mógł się podnieść, Dusza kucnęła przy nim i zaczęła płakać nad jego zamkniętym sercem.
Na ogół dusze są niewidzialne, ale raz na tysiąc dusz, zdarza się, że dusza płacze nie łzami, lecz miłosnym ogniem. Tak bywa, gdy dochodzi do zapalenia duszy, stanu, w którym dusza rozpala się do białego światła Miłości, tak gorącego, że wypala pamięć o tym, jak bardzo boli i ukazuje to, co niewidzialne dla ludzkiego oka.
Więc Dusza siedziała w kucki przy pijanym Mężczyźnie. Ogniste łzy kapały wprost na jego serce pełne blizn. Ach… ileż ich było!
Każda łza Duszy sprawiała, że prawie umierał… tak bardzo bolały go wspomnienia zranień z przeszłości. A jeszcze bardziej to, co o sobie myślał.
„Jestem nędznym, śmierdzącym ścierwem. Oto, co ze mnie zostało. Oto, kim jestem. Nie chcę już dłużej żyć”.
Jego serce łkało, aż skurczyło się do wielkości małej popsutej zabawki rzuconej w kąt.
Mężczyzna resztami sił otworzył oczy i rozejrzał się w poszukiwaniu szkła, którym mógł zadać sobie ostatnią śmiertelną ranę. Taką, która raz na zawsze pozwoliłaby mu na nieczucie i niemyślenie, potężniejsze niż kolejne dni zaprawiane wódką.
Był już sobą bardzo zmęczony.
Szkło było ostre, a skóra na dłoniach miękka i wilgotna od potu.
I wtedy… zobaczył swoją Duszę.
Stała nad nim i płakała.
W ręku trzymała popsuty latawiec, który nie chciał polecieć do nieba.
Dusza była smutnym siedmioletnim chłopcem wiecznie czekającym na swojego pijanego tatusia. W swojej wierności chłopiec był wytrwalszy niż najwierniejszy pies.
Spojrzał na Mężczyznę, uśmiechnął się przez łzy i szepnął:
„Tatusiu, jak dobrze że wróciłeś. Naprawisz mój latawiec?”
Oniemiały Mężczyzna wyciągnął żylastą dłoń i przysunął zniszczony latawiec pod oczy.
Zapłakał.
Tym, co trzymał w dłoni, było jego własne serce pełne pęknięć i dziur. Nie mogło nigdzie polecieć od lat. Tak jak mały smutny chłopiec, który stał przed nim, czekając na wspólnie spędzone życie.
Niewidzialne kleszcze ścisnęły gardło Mężczyzny, ale mimo to spojrzał na chłopca i powiedział:
„Chodź synku. Naprawimy go. Polecimy do samego nieba”.
Przytulił chłopca do przepoconego, brudnego ciała i po raz pierwszy od wielu lat poczuł, że po jego policzkach płyną łzy.
To był pierwszy dzień jego nowego życia.
Życia z Duszą.
I życia z czułym zranionym sercem, które śpiewało w jego piersiach piosenkę o podniebnych lotach ku Miłości.
Pierwszą i ostatnią odpowiedzią na wszystkie nasze pytania jest MIŁOŚĆ.
Z niej jesteśmy utkani. O niej marzymy. Do niej wracamy.
Wizyta u lekarza może być bardzo przykrym doświadczeniem. Zanim wejdziemy do gabinetu, wydaje się, że całe życie jest przed nami, a po kilkunastu minutach rozmowy, nasza perspektywa może ulec radykalnej zmianie. I co wtedy?
Pewien człowiek otrzymał smutną diagnozę.
Rak. Nieuleczalny. Agresywny. Bezwzględny.
Lekarz nie ukrywał przed mężczyzną ani jednego szczegółu dotyczącego choroby, uważał bowiem, że każdy pacjent ma prawo znać swój stan. Cokolwiek by nie zrobili lekarze za zgodą pacjenta – leczenie, unikanie leczenia, operacja czy brak operacji, perspektywa była taka sama. Pół roku… może rok, a potem proch, ziemia i grób.
– Co pan zatem wybiera? – spytał lekarz pacjenta.
– Życie – odpowiedział bez wahania człowiek.
– Czyli?
– Będę żyć tak, jak nigdy dotąd. I zrobię to, czego sobie żałowałem.
– Długa ta lista?
Mężczyzna uśmiechnął się gorzko.
– Krótka. Najkrótsza na świecie.
– ?
– Po prostu ZACZNĘ ŻYĆ.
Jaka diagnoza jest ci dzisiaj potrzebna, żebyś zaczął żyć tak, jak pragniesz żyć od zawsze?
Nie myśl o tym, co ci przeszkadza, bo przeszkody są jak chwasty i zawsze będą się pojawiać.
Zrób pierwszy krok, a potem kolejny. Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku.
Zrobisz go TERAZ?
TABLETKA NA WIECZNE NIGDY
Na początku mojej przygody w małżeństwie (dla niewtajemniczonych – małżeństwo to niekończąca się rozwojowa przygoda) moja znajoma pouczyła mnie, dlaczego pożycie intymne może zgasnąć, zanim się zacznie.
Bo widzisz, mówiła, najpierw masz okres, potem zmęczenie po okresie, potem szykujesz się do owulacji i owulacja. Wiadomo, że chcesz najlepszego samca, a to niekoniecznie twój mąż, więc się wzbraniasz, a potem jesteś wyczerpana wzbranianiem, po owulacji następuje naturalny spadek formy, a na końcu twoje ciało szykuje się do okresu. Także potrzeba dużo uważności, żeby poczuć i zaskoczyć, że to ten dzień. Dzień Wielkiego Szczęścia. Możesz przeoczyć ten moment, bo czekanie wyczerpuje.
Trzeba czekać.
Czy wzięłam sobie jej rady do serca? Raczej nie, bo trochę dzieci mam, więc pożycie jest, było i będzie… wiadomo, że z różną częstotliwością, jak słońce i deszcz… raz jest, raz go nie ma… nie stawiam wymagań ani sobie, ani mężowi… czasem najlepszą propozycją jest leżenie na łyżeczkę, wtedy wydarza się najwięcej intymności.
Ale wraca do mnie ta nauka, gdy myślę o weekendzie i tym wielkim oczekiwaniu, że coś niesamowitego zaraz się wydarzy i niekoniecznie dotyczy to intymnego spotkania z partnerem lub partnerką. Jest to raczej oczekiwanie na wielki odpoczynek lub święto, słowem dzień inny niż powszedniość… szczególnie gdy jesteś zapracowana, zapracowany, od świtu do nocy.
Znasz to?
Napięcie narastające już od czwartku, ba… bywa, że od środy? Poniedziałku nie liczę, bo większość ludzi czuje się po weekendzie jak po przedawkowaniu substancji odurzającej, jaką jest czas wolny. We wtorek trzeba do siebie dojść, a w środę zaczyna się niecierpliwe przebieranie nóżkami… byle do weekendu.
I jeśli myślisz, że ta opowieść jest dowcipna, to cię rozczaruję.
Ta historia jest smutna, bo pokazuje, że w większości jesteśmy narkomanami czekającymi na działkę, a po haju zaliczamy zgon… znużeni zwykłym dniem, w którym nie ma na co czekać.
Narkotykiem jest iluzja wolności, którą sami sobie odbieramy, dzieląc czas na lepszy i gorszy, święty i powszedni… ech, skąd to znam? Ano znam.
Któregoś piątku obiecałam dzieciom wspólny seans z kasetami video… mieliśmy kilka przyjemnych filmów do wyboru, ale postawiłam warunek. Najpierw odkurzanie, potem mycie podłóg, do tego sprzątanie w pokojach i na koniec zagrabienie liści spod orzechowca, bo była akurat jesień. Rodzina pracowała bardzo sumiennie i z zaangażowaniem, zrobiło się ciemno i wszyscy zasiedli na wielkiej, rodzinnej kanapie, żeby obejrzeć film.
„Jeszcze tylko popcorn zrobię” rzuciłam, „a … i od razu rozmrożę kurczaka na jutro”. Już nie odpowiedzieli. Ja tymczasem skoczyłam do pralni, żeby powiesić pranie.
Kiedy wróciłam, wszyscy już spali. Z tego wielkiego oczekiwania i napięcia cała radość gdzieś się ulotniła. Zrobiło się smutno.
Stajemy się niewolnikami czekania na lepszy moment, który i tak zostaje przegapiony, bo nie spełnia zbyt wygórowanych oczekiwań.
Poza tym… życie w „gorszym” czasie, nuży i wysysa, trochę jak stary i nudny mąż (chociaż prawda jest taka, że stary, wypróbowany mąż wspaniale przytula i grzeje, gdy na świecie jest ciemno i ponuro i nie trzeba wskakiwać w wyuzdane bikini, wystarczy poczciwa, flanelowa koszula).
Pytanie na dziś, gdy być może szykujesz listę zadań lub warunków, żeby móc celebrować ów lepszy czas lub dzień wolny od pracy… co się wydarzy, gdy przestaniemy tak niecierpliwie czekać na specjalny czas, dzień lub godzinę?
Co się wydarzy, gdy przestaniemy czekać na lepsze życie?
Czyżby ŻYCIE właśnie?
A może to dobry moment, żeby zrozumieć, że życie nie dzieli się na lepsze i gorsze dni?
Powiem ci w sekrecie – najlepszy moment życia jest właśnie TERAZ, nie później.
Nie wierzysz? Czekasz?
Właśnie umyka ci najlepszy czas.
Ten czas to TERAZ.
TABLETKA NA WSTYD
Wchodzę do przedszkola, pachnie jarzynową, dziecięcymi kapciami i pastą do podłogi. Generalnie lubię te doznania, bo czuję się jak kiedyś, kiedy sama byłam dzieckiem. Rodzinnie, ciepło i bezpiecznie, ale rodzinna atmosfera ulatuje wraz z wyrazem twarzy pani przedszkolanki, która zgłasza problem:
– Proszę pani, miałyśmy dziś kłopot z małym.
Nadstawiam ucha, bo pani z przedszkola mówi prawie szeptem. Zresztą cała jestem w pogotowiu. Pani nie mówi: „Chciałabym chwilkę porozmawiać. Czy może pani teraz?”, tylko – „Miałyśmy kłopot z małym”. OK. Ktoś ma kłopot z dzieckiem. Z moim dzieckiem. No dobrze.
– Tak, słucham.
– Dziecko nie miało dziś majtek.
Oddycham z ulgą. Rzeczywiście, ubierał się dzisiaj sam, różny bywa finał tej samodzielności. Ulga. Tylko majtki.
– Pewnie było mu zimno? – pytam.
– Nie, proszę pani. Przedszkole jest ogrzewane. Mały naraził inne dzieci na wstyd.
– Nie rozumiem.
– No proszę pani – wychowawczyni jest zdegustowana – przecież, jak się przebieramy do leżakowania, dzieci rozbierają się do majteczek i na to piżamki. A pani syn… no do czego on się miał rozebrać? Rozumie pani? Wszystko na wierzchu. Wstyd!
Czyli rzeczywiście panie miały kłopot z małym. Dosłownie – Z MAŁYM. Nie tyle z moim dzieckiem, z moim synem, co z jego małym. Z tą fikuśną częścią jego męskiego, młodego ciałka. No tak, z TYM można mieć problem…
Ile jeszcze oświeceń na tej planecie mnie czeka? Co dziecko, to seria iluminacji. Nie wiedziałam, że pod piżamką trzeba mieć majtki. Tak bardzo lubię luz, kiedy śpię. I nie wiedziałam, że patrzenie na siusiaka czterolatka to wstyd. Dla kogo wstyd? Kogo tym wstydem obdarować? Komu, komu, bo idę do domu…
Wow. Przecież to nie pierwszy raz, kiedy odpowiadam na to pytanie.
A koleżanka mojej siedmioletniej córki? Właśnie jest u nas i wystraszona przybiega do mnie, bo młodszy syn biega nago po podwórku, gdy one we dwie bawią się w piasku. Ten moment, gdy zasłania oczy.
– Proszę pani, bo ja nie mogę na TO patrzeć!
Wskazuje siusiaka należącego do trzylatka.
– Na siusiaka? – pytam.
– Tak.
– Nigdy nie widziałaś?
– Nie wolno. Tam nie wolno patrzeć! – informuje.
Wraca do zabawy, kiedy mały ma założone slipki.
No, ok. Mogła nie widzieć siusiaka, ma tylko siostrę i chodziła do przedszkola, gdzie leżakuje się w majtkach. Rozumiem te okoliczności, nie rozumiem tylko, dlaczego nie wolno TAM patrzeć? Co jest nie tak z ludzkim ciałem?
A basen?
Jestem na basenie i naturalne wydaje się, gdy wychodzę z basenu i idę pod prysznic, zdjęcie nachlorowanego kostiumu z mojego ciała, wypłukanie go i zmycie z siebie basenowej wody. Z całego ciała… nie z ciała w kostiumie. Pod prysznic wchodzę nago.
Naturalne?
– Córciu, nie patrz tam. Nie patrz. Chodź tutaj – kobieta nieco młodsza ode mnie, ciągnie do siebie pięciolatkę, która z szeroko otwartymi oczami wpatruje się w moje piersi, brzuch i krocze. Wraz z matką poddaje się myciu ciała namydloną gąbką. W kostiumie oczywiście. Na basenie, pod prysznicami, rozbierają się jedynie starsze kobiety. Poważnie! Jakby nie miały już nic do stracenia albo jakby były już w strefie pozakonkursowej.
No tak. Dopóki trwa wycena i konkurs, ciężko pokazać ciało. Jest tak inne niż ciała z wybiegów, z reklam (choć trochę już drgnęło w tym świecie). Ale, skoro ciało jest od maleńkości przykrywane, zasłaniane, a co gorsza, zawstydzane, nie jest mu łatwo spojrzeć na siebie z miłością. Nie mówiąc o obcych ciałach. Nagie ciało, a fuj!
A pornografia to niby skąd? Gdzie pierwsza, naturalna ciekawość jest zduszona, tam najłatwiej o ekstremalne zachowania.
Bo nie chodzi o to, że z ciałem jest coś nie tak.
Ciało jest, jakie jest.
Jest moim pojazdem, skafandrem, materialną częścią mnie, dzięki której jestem tu widoczna.
Wstyd ma całkiem inne podłoże.
To pierwsze spojrzenia, w jakich wzrastamy.
Pierwsze reakcje na naszą budzącą się seksualność i ciekawość, zwykłą dziecięcą chęć poznawania świata, w którym ludzkie ciała stanowią dość duży procent.
Pierwszy podziw albo co gorsza – brak podziwu. Karcące spojrzenie. Brak spojrzenia.
Zaszczepiona od małego ocena i lęk przed byciem osądzonym. Lęk przed byciem innym. Lęk przed byciem sobą. Lęk przed pokazaniem tego, kim jestem. Brak samoakceptacji. Lęk przed tym, że nie dość młode, nie dość jędrne, nie dość obfite, zbyt obfite, zbyt chude, zbyt owłosione, za mało owłosione. Lęk, że nie takie inteligentne, że powolne, że niezaradne, że nie najlepsze.
Całe lata trwa ta nauka bycia nie dość dobrym w różnych kategoriach. Aj, jak to boli.
Rozumiem, wiem. Żyjemy w strefie klimatycznej, w której nieustająco się zakrywamy. Niby wyższe temperatury coraz częstsze i jest coraz goręcej, ale w spojrzeniu drugiej osoby, nadal tego ciepła brak.
Jak dużo zależy od tego, w jaki sposób na siebie patrzymy. W jaki sposób do siebie mówimy. Ile dobra możemy sobie w ten sposób dać. I ile krzywdy możemy sobie w ten sposób wyrządzić.
Marzę o tym, żebyśmy zaczęli na siebie spoglądać. Może na początek – z ciekawością. Nie świdrować się wzrokiem. Nie taksować osądem, ale po prostu patrzeć. Z pełnym zrozumieniem, że im więcej dobra i piękna widzę w drugiej osobie, tym więcej dobrego świata uwalniam w swoim własnym życiu.
Początek jest najtrudniejszy… jak to z początkami bywa.
Trzeba spojrzeć na siebie. Na siebie samego.
Bez oceny.
Bez linczu.
Bez wymagań.
Bez korekty.
Bez ozdóbek.
Bez wstydu.
Spojrzeć na siebie z MIŁOŚCIĄ. I rozpuszczać cały ten wstyd.