Era Siebie
Przedmowa
Ja SAMA
Moja własna historia
urzeczywistnienia Siebie
Miałam wspaniałe życie. Takie, którego opis wywoływał u innych marzycielskie westchnienia i nieobecne spojrzenia pełne tęsknoty. Byłam żeglarzem. Płacono mi za opływanie świata na pięknych łodziach, spotykanie niesamowitych ludzi i odwiedzanie takich miejsc, do których nie trafia się tak po prostu. To było coś fascynującego, ekscytującego, wzbogacającego i niosącego spełnienie. Mimo tego wszystkiego, wciąż czegoś mi brakowało.
Byłam tak głodna życia, że pragnęłam całego świata i jeszcze dodatkowych dziesięciu procent. Odrzucenie rzadkiej propozycji pracy, wiążącej się z wizytą na Antarktydzie (tylko dlatego, że po prostu tego nie czułam), było więc dla mnie czymś bardzo wymownym. Mój niegdyś nieskończony entuzjazm i energia do eksplorowania, zmalały niemal do zera.
Poczułam jak moja uwaga i moje skupienie powoli zwracają się w stronę wnętrza. Narastało poczucie, że istnieje w życiu coś więcej, niż tylko to, co kolejna łódź, kolejny ocean i kolejny kontynent są w stanie zaoferować. Zewnętrzne osiągnięcia powoli zaczęły blaknąć i wydawały się coraz mniej ważne. Rzeczy, które zazwyczaj mnie motywowały, teraz stały się daremne, nudne i bezcelowe. Zdałam sobie sprawę, że bardziej niż czegokolwiek innego, pragnę zrozumieć samą siebie i nauczyć się, jak naprawdę SIEBIE kochać. Uprawiałam jogę odkąd byłam nastolatką. Pragnienie samopoznania sprawiło, że zaczęły mnie pociągać wyjazdy, zajęcia i medytacje pełne ciszy.
Kiedy zwróciłam się w stronę własnego wnętrza, moja więź z samą sobą pogłębiła się w piękny sposób. A jednak, w tym samym czasie, traciłam gwałtownie resztę swojego życia. Dużej zmianie ulegał sposób w jaki odnosiłam się do innych. Doprowadziło to utraty mnóstwa starych przyjaźni i zawarcia kilku nowych. Zaszłam w nieplanowaną ciążę. Straciłam przez to obiecującą karierę i mnóstwo finansowej wolności. Straciłam także starą tożsamość, która była mocno związana z żeglugą. Na wiele sposobów straciłam też pasję do życia i swoją wcześniejszą miłość do tworzenia. Hobby, trwające całe życie, już mnie nie pociągało. Kiedy urodziła się córka, straciłam mnóstwo osobistej przestrzeni – moje życie uległo radykalnej zmianie. Wiele czasu poświęcałam właśnie jej. Wkrótce potem, kiedy zakończył się mój związek z jej ojcem, straciłam sielankową koncepcję tego, czym powinna być rodzina.
Tym niemniej, pod powierzchnią spowodowanych tymi stratami emocji, wciąż miałam poczucie, że w życiu chodzi o coś więcej. Czułam, że jakimś sposobem wszystko jest w porządku. Z perspektywy czasu widzę, że tak naprawdę nie straciłam niczego. Moje Odwieczne JA po prostu dokonywało dla mnie wyborów pełnych miłości, żebym ostatecznie mogła zdać sobie sprawę, że miałam już wszystko, czego naprawdę pragnęłam.
Jednak mimo moich wyobrażeń, koniec „starego” życia nie ustąpił gładko miejsca nowemu, wspaniałemu życiu, wypełnionemu miłością do siebie. Stałam się z tego powodu tak bardzo poirytowana i przygnębiona, że w pewnym momencie dałam za wygraną. Przestałam szukać odpowiedzi. Zaprzestałam jakichkolwiek starań, wliczając w to próby polepszenia swojego samopoczucia. Przestało mi zależeć. Czułam się całkowicie pokonana.
To właśnie było potrzebne, żebym mogła się w końcu zatrzymać i odpuścić. Wtedy wszystko zaczęło się uspokajać.
Poczułam coś nieograniczonego, wolnego i wiecznie kochającego. Rozpoznałam to potem jako prawdę mojej istoty. To było co prawda tylko kilka słodkich, cennych sekund, zanim mój umysł znowu się włączył, zagłuszając to, czego doświadczałam.
Aczkolwiek kiedy już raz poczułam swoje Odwieczne JA, wiedziałam, że moje dalsze życie nigdy nie będzie takie samo. Ujrzałam swoje niepotrzebne, wewnętrzne ograniczenia i zdałam sobie sprawę, że to nie musi wyglądać w ten sposób.
Wiedziałam, że muszę się otworzyć i pozwolić, aby to, co poczułam stało się częścią mojego codziennego życia. Ta krótka chwila była tak klarowna i inspirująca, że nie było dla mnie innej możliwości.
Wszystkie moje wcześniejsze próby samopoznania pochodziły z umysłu, a umysł nie potrafi wyjść poza samego siebie. Zamieniłam więc myślenie na czucie.
Moje pragnienie życia prawdą, którą chwilowo odczułam, było tak silne, że naprawdę nie dbałam o to, czego to może ode mnie wymagać albo dokąd mnie zaprowadzi. Nie interesowało mnie przeżycie ani jednego dnia więcej, jeśli miał on wyglądać tak, jak do tej pory.
To głębokie zobowiązanie pozwoliło mi na całkowitą wolność otwarcia się, czucia i przyzwalania w śmiały i nieustraszony sposób.
Zdałam sobie później sprawę, że tak duża desperacja wcale nie była konieczna, podobnie jak moje wcześniejsze, ogromne zmagania. Być może w jakiś dziwaczny sposób było mi to potrzebne, bo wierzyłam, że musi tak być. A zatem uczyniłam z tego coś trudnego, żebym mogła to zobaczyć i zrozumieć. W rzeczywistości nie ma potrzeby żadnego wysiłku, chaosu czy konsternacji.
Pewnego dnia uświadomiłam sobie, że „drzwi” do mojego oświecenia są cały czas otwarte, podczas gdy moja uwaga kierowana jest na codzienne życie. Byłam oszołomiona. Mogłam spojrzeć prosto w oczy swojemu urzeczywistnieniu. Najwyraźniej było tam i na mnie czekało, ale wcześniej go nie zauważałam.
Niespodziewanie przestałam się spieszyć. Wiedziałam ponad wszelką wątpliwość, że urzeczywistnienie będzie na mnie czekało choćby całe życie. Czekałoby nawet kolejne dwa albo dziesięć żyć, jeśli byłoby to konieczne. Zdałam sobie też sprawę, że niepotrzebnie odczuwałam tak dużo napięcia. To przyniosło mi ulgę. Miałam nieskończoną ilość czasu. Stało się dla mnie jasne jak blisko przekroczenia tej niewidzialnej linii urzeczywistnienia siebie zawsze się znajdujemy i jakie to może być proste.
Widziałam teraz, że nie utknęłam w grzęzawisku ludzkiej egzystencji, tak jak to sobie wyobrażałam. To tylko mój umysł tak myślał, a ja w to uwierzyłam. W tej samej chwili poczułam słodycz i bogactwo mojego codziennego życia. Wraz z uwolnieniem doświadczeń od nakładanych przez umysł etykietek („pozytywne-negatywne”, „dobre-złe”), poczułam, że życie jest niezwykle bogate w najróżniejsze doświadczenia.
Teraz, kiedy byłam już w stanie odczuć rozkosz mojego obecnego życia, nie miałam ochoty z niego rezygnować. Zrozumiałam dlaczego wcześniej nie pozwalałam sobie na urzeczywistnienie. Mimo braku zainteresowania życiem w dawny sposób, nie chciałam ryzykować utraty czegokolwiek, spowodowanej porzuceniem tego, co stare. My, ludzie, jesteśmy tacy sentymentalni. Bałam się także tego, co mogę zrobić albo jak się zachować, jeśli pozwolę sobie na całkowite urzeczywistnienie.
Zatem wstrzymywałam się, a moje ówczesne życie nagle stało się czymś cudownym. Teraz, kiedy już raz ujrzałam otwarte drzwi do urzeczywistnienia, czułam się tak, jakbym nigdy nie miała zagubić drogi. Wiedziałam, że pewnego dnia pozostawię za sobą to, co stare, ale póki co wybierałam bycie tutaj, w moim ograniczonym, ludzkim życiu. Piękno polegało na tym, że teraz było to tylko pozorne ograniczenie – w zasadzie było takie przez cały czas. To zaledwie kwestia postrzegania.
Wróciłam do swojego „normalnego” życia i krzątaniny wokół ludzkich dystrakcji. Czerpałam radość z magii małych, prozaicznych chwil. Przywitałam z radością nawet normalną gadaninę umysłu, ponieważ wydawał mi się teraz bardziej zabawny niż cokolwiek innego. Czułam się zadowolona, a nawet nieco próżna. Wydawało się, że pojęłam sekret życia, a pewnego dnia miałam pozwolić na swoje urzeczywistnienie… ale jeszcze nie dzisiaj.
Moje życie było wspaniałe, dopóki nie uświadomiłam sobie, że moja percepcja powoli wraca do wcześniejszego stanu. Zdałam sobie sprawę, że powracam do takiego życia, jakiego nigdy znowu nie chciałam mieć.
Spanikowałam. Gorączkowo podążyłam do otwartych wcześniej drzwi, tylko po to, żeby się dowiedzieć, że są zamknięte. W ich miejsce pojawiła się sterta niejasnych, chaotycznych myśli, a każda z nich krzyczała głośniej niż poprzednia. Mój umysł drwił, triumfująco i bardzo przekonująco, mówiąc mi, że wszystko to sobie wymyśliłam, i że byłam szalona, myśląc, że to prawda. Masz jakiś dowód? Moje życie było w ruinie. Oszukiwałam samą siebie, jeśli sądziłam, że mogę się nim cieszyć.
Musiałam przyznać, że w niczym nie przypominałam swojego wyobrażenia na temat oświeconej osoby. Wyraźnie zobaczyłam urzeczywistnienie, a jednak nie spowodowało to żadnej różnicy. Moje ludzkie życie nie stało się „lepsze” niż wcześniej. Odnosiłam wrażenie, że naprawdę poniosłam porażkę.
Umysł może być bardzo podstępny. Trudno nie wierzyć w to, co mówi (dlatego właśnie spadłam na samo dno). Krzyczał najgłośniej wtedy, kiedy znajdowałam się najbliżej swojego urzeczywistnienia. Całymi dniami, a nawet tygodniami, byłam zamknięta w nieustannym stanie histerii i paniki. Chociaż nigdy wcześniej nie przeżywałam nastrojów niepokoju, teraz stały się dla mnie czymś bardzo znanym i powszednim. Czasami mnie paraliżowały i były nie do zniesienia.
Mój umysłowy i emocjonalny stan przybrał formę nieustannej przejażdżki górską kolejką. W jednej chwili zwodził mnie umysł, a kolejka zjeżdżała do ciemnych i przerażających miejsc w moim wnętrzu. W następnym momencie powracałam do zaufania w swoją własną prawdę, a kolejka wyjeżdżała na pełne słońce.
Wzloty były czystą euforią i to tak namacalną, że miałam wrażenie, jakbym ja sama je tworzyła. To było urzeczywistnienie siebie i wydawało się, że życie nigdy, przenigdy nie może wrócić do swojej wcześniejszej postaci.
Jednak niedługo potem mój umysł nieuchronnie wciągał mnie na powrót w chaos, a kolejka nurkowała w kierunku mrocznego uczucia strachu, samotności i rozpaczy. Wzloty i odczucia sukcesu („dokonałam tego!”), sprawiały, że następujące po nich doły były jeszcze bardziej dojmujące.
Zaufanie było czymś bardzo trudnym, częściowo dlatego, że moje zewnętrzne życie wciąż nie przejawiało większych oznak poprawy. Jeśli rzekomo miałam sobie tak doskonale wszystko uświadamiać, to dlaczego czułam się tak okropnie? I dlaczego moje życie przypominało rumowisko?
To było wyczerpujące. Nieraz miałam ochotę krzyczeć. Wątpiłam czy zdołam sobie z tym poradzić. Były chwile, w których mój umysł całkowicie wierzył, że wariuje. Często ze strachu robiło mi się niedobrze. Działo się tak do momentu, w którym ostatni strzęp mojej dawnej tożsamości nie został zdruzgotany i oderwany. Musiałam nawet pozwolić na odejście samej nadziei.
Teraz widzę, że wszystko to było właściwe, ponieważ moja tożsamość nie była adekwatną reprezentacją mojego Prawdziwego JA. Reakcja na świat, oparta na starych sposobach korzystania z umysłu i myśli, nie miała już żadnego znaczenia. Dla Prawdziwego JA nie ma znaczenia nawet nadzieja. Myślę, że to właśnie ona była tym, czego trzymałam się najdłużej. Nałogowo żywiłam nadzieję, że w przyszłości wszystko poukłada się „lepiej”. Jednak tak naprawdę wszystko wydarza się TERAZ, w chwili obecnej. Żywienie nadziei na lepszą przyszłość to nic innego jak kolejna umysłowa dystrakcja.
W pewnym sensie tak naprawdę nie musiałam tracić części starego życia (chociaż czasami tak właśnie było). Musiałam po prostu w wystarczającym stopniu pozwolić odejść wszystkiemu i BYĆ GOTOWA na stratę. Wówczas niekoniecznie to traciłam, ponieważ w płynny sposób stawało się częścią mojego nowego sposobu życia. Tym niemniej nie można było pozwalać odejść jednym rzeczom, jednocześnie kurczowo trzymając się innych. Trzeba to było zrobić albo w pełni, albo wcale.
Emocjonalna, górska kolejka pędziła dalej, wjeżdżając w coraz to nowe dramatyczne wzloty i zjazdy. Pewnego dnia uświadomiłam sobie jednak, że to tylko kolejna opowieść mojego umysłu, a ja w nią uwierzyłam. Dokładnie w tej samej chwili górska kolejka przestała istnieć. Byłam do niej przykuta przez tak długi czas, a ona zniknęła w mgnieniu oka.
Często nie potrafimy klarownie zobaczyć sytuacji, w której się znajdujemy, ponieważ jesteśmy w nią zbyt zaangażowani. Nie jest to nic innego, niż zapierająca dech w piersiach ostatnia, mentalna gra – ostatnia szansa na doświadczenie tego, jak to jest żyć na łasce umysłu.
Niemal roześmiałam się w głos, ale ostatecznie był to dla mnie moment pełen ciszy i rozpoznania.
Brzmiałoby ekscytująco, jeśli powiedziałabym, że skoczyłam z urwiska i poleciałam, ale to wcale nie wyglądało w ten sposób. Nie było ani dramatycznie, ani spektakularnie. Dla nikogo poza mną nie było godne uwagi.
To był cichy moment… potwierdzające skinięcie głową. Nie zamierzałam już dłużej grać w niewiedzę o tym, kim naprawdę jestem. To było po prostu wewnętrzne przytaknięcie, odnotowujące, że nadszedł czas. Podążało za nim pełne łagodności odpuszczenie. Ześlizgiwałam się w samą siebie – tam, gdzie zawsze byłam, tylko sobie tego nie uświadamiałam. Wróciłam do domu.
Od tamtej chwili to po prostu „było” – albo raczej JEST. Nie ma potrzeby mówienia czy robienia czegokolwiek, ponieważ wspaniałość i piękno wszystkiego, czym jest świadomość, eliminuje definicje, potrzebę imponowania innym albo wpływania na cokolwiek.
Jestem całością. Jestem kompletna. Jestem tutaj.
Kiedyś wyobrażałam sobie, że gdy to się dokona, spędzę resztę życia, siedząc w ekstatycznym uniesieniu na parkowych ławkach, chłonąc błogość, czyste piękno i doskonałość otaczającego mnie świata. Jednak to wyglądało inaczej. W końcu cały czas byłam matką z ruchliwym, małym dzieckiem. Życie płynie dalej bez względu na to, co sobie uświadomimy.
Pozwoliło mi to zrozumieć, że zwyczajni ludzie, wykonujący codzienne czynności są nieodłącznie i naturalnie zdolni do życia w swoim urzeczywistnieniu.
Dzisiaj wciąż mam myśli. Od czasu do czasu pojawiają się paskudne, niefortunne sytuacje, ale odbieram je zupełnie inaczej niż kiedyś. Nie wydają się straszne po prostu dlatego, że takie nie są. W pewnym sensie nigdy takie nie były. To kwestia postrzegania i perspektywy. Kiedy „odwieczne”, Prawdziwe JA, staje się częścią codziennego życia, stary świat zamienia się w zupełnie inne miejsce. Uświadomiłam sobie, że jestem czymś znacznie większym niż to pojedyncze, ludzkie życie.
Moja percepcja uległa tak wielkiej przemianie, że w samym środku starego świata, w niewyobrażalny wcześniej sposób, otworzył się przede mną zupełnie nowy świat. Ten rodzaj pełnego urzeczywistnienia może być bardzo prawdziwym i całkowicie fascynującym potencjałem dla całej ludzkości.
Czujcie, ufajcie i przyzwalajcie na samego SIEBIE, a zobaczycie jak świat się dla was otwiera.
Rozdział 1
Manifest SIEBIE
Początek Ery SIEBIE
W obecnych czasach ludzkość posiada większy niż kiedykolwiek wcześniej potencjał ogromnej przemiany. Potencjał ten jest bardzo realny dla każdego z nas. Możemy żyć w pełnej integracji naszego ciała, umysłu i tego, co odwieczne oraz przejąć pełną odpowiedzialność za siebie i swoje życie.
Obecnie mamy na tej planecie niewidzianą nigdy wcześniej, fascynującą zbieżność techniki, pragnień i ludzkiej świadomości. Właśnie dlatego życie w tym wyjątkowym czasie jest tak ekscytujące.
Dzięki olbrzymiemu postępowi w technologii, mamy w naszym codziennym życiu o wiele więcej niż kiedykolwiek. Wszystkie te służące nam nowe produkty i systemy, połączone z obecnym poziomem zamożności (do której jesteśmy przyzwyczajeni), pojawiają się razem z poczuciem posiadania różnorakich wolności obywatelskich. Niestety – a może i na szczęście – posiadaniu praw, towarzyszy zazwyczaj podskórne niezadowolenie, które nieuchronnie napędza palące wewnętrzne pragnienie czegoś więcej. Wielu z nas odczuwa pustkę, zupełnie jakby jakaś część nas nie znajdowała w życiu spełnienia.
W dzisiejszym życiu wielu z nas ma zapewnione bezpieczeństwo, równość, szacunek, pracę, dom, rodzinę i jedzenie niezbędne do jej wyżywienia. A mimo to wciąż chcemy więcej. Pragniemy zadowolenia, spełnienia, satysfakcji i szczęścia.
Jednak co nas uszczęśliwi? Z czego może płynąć niezawodne spełnienie? W jaki sposób odnajdziemy brakującą satysfakcję? W naturalny sposób każdy szuka pomysłu, co może przynieść mu radość.
Często szukamy przewodnictwa w świecie zewnętrznym. Patrzymy na innych ludzi, którzy wydają się mieć upragnione przez nas szczęście. Obserwujemy ich działania, aby móc je potem skopiować. Istnieje wiele produktów, które celowo wprowadzono na rynek, aby sprawiały wrażenie czegoś, co przynosi odczucie szczęścia lub zadowolenia. Reklamodawcy rozumieją, że to podstawowe, pierwotne pragnienie większości ich odbiorców. Świat zewnętrzny zachęca nas do szukania szczęścia na wielu różnych stanowiskach pracy, w wielu partnerach i relacjach, domach, samochodach, karierach, sukcesach i tak dalej. Jednak trwałe poczucie szczęścia pozostaje czymś nieuchwytnym, co tylko wzmacnia pragnienie jego osiągnięcia.
Gdybyśmy zastanowili się nad swoim życiem, mogłoby się okazać, że odnaleźliśmy lub osiągnęliśmy wiele z poszukiwanych przez nas rzeczy, ale nie były one tym, czego się spodziewaliśmy.
Łatwo myśleć, że mielibyśmy inne odczucia, wygląd czy sposób myślenia – albo po prostu bylibyśmy inni – po odnalezieniu przedmiotu swoich poszukiwań i pragnień. To zupełnie tak, jakby po osiągnięciu lub zakupie upragnionej rzeczy, stawalibyśmy się nagle kimś innym – kimś, kim naprawdę chcieliśmy być.
Jednak bez względu na to, czym miało by to być, jak byłoby wspaniałe czy jak daleko byśmy zaszli, wciąż mamy ze sobą to samo małe, stare ja. Uświadamiając to sobie, można poczuć rozczarowanie, irytację i przygnębienie.
Jak zatem większość ludzi radzi sobie ze zniechęceniem i frustracją, które pojawiają się zawsze po osiągnięciu celu i zrozumieniu, że rzeczywistość odbiega od ich oczekiwań? Często uznajemy, że nasze najnowsze osiągnięcia nie były jednak tym, czego szukaliśmy. Stwierdzamy, że to nie był nasz doskonały cel, a zatem musi istnieć coś innego – kolejna rzecz, kolejny związek, kolejne miejsce, praca lub grupa duchowa. Sądzimy, że dzięki temu wreszcie poczujemy się tak, jak zamierzaliśmy albo staniemy kimś, kim chcieliśmy być. Rozpoczyna się kolejne poszukiwanie.
Jednym z najmodniejszych ostatnio przedmiotów pragnień jest wewnętrzny spokój, oświecenie, duchowość lub świadomość. Wyobrażamy sobie, że odnalezienie tego da nam trwałe szczęście. Istnieje wiele metod i produktów, oferujących nam pomoc w tych poszukiwaniach – regularne uprawianie jogi, medytacja, zajęcia z uważności, poradniki, guru czy duchowe grupy i warsztaty obiecujące takie rzeczy jak osiągnięcie wielkiego bogactwa albo zdrowej relacji w dziesięć dni. Poszukiwania wewnętrznego spokoju i szczęścia stały się wielkim, przynoszącym zyski przemysłem. Niemniej jednak to poszukiwanie może być najbardziej wyniszczające ze wszystkich. Może przerodzić się w trwające całe życie duchowe zmagania, przypominające niekończącą się gonitwę za własnym ogonem – im bardziej się za nim pędzi, tym trudniej go schwytać.
To, czego szukamy nie znajduje się ani w najnowszym produkcie, kuracji czy metodzie, ani nawet w świecie zewnętrznym. Większość ludzi już o tym słyszała. Ludzka świadomość wyewoluowała w wystarczającym stopniu, żeby miało to sens nawet dla umysłu. Kiedy ludzie słyszą, że prawdziwe szczęście znajduje się w ich wnętrzu, zakładają, że wszystko co muszą „zrobić”, to „odnaleźć” w sobie magiczny klucz, który otworzy przed nimi tajemnicę życia.
A zatem z zapałem rozpoczynają… kolejne poszukiwania. Tym razem szukają czegoś w swoim wnętrzu – często w gąszczu chaotycznych myśli, minionego bólu czy zrzędliwych systemów wierzeń.
Och! – mówią – mam w sobie tak wielki bałagan! Muszę znaleźć kogoś lub coś, co pomoże mi to wszystko zrozumieć i uporządkować! I z powrotem wyruszają w świat. Koncepcja, według której coś zewnętrznego może uratować ich od siebie samych, sprawia, że zewnętrzne poszukiwania wciągają ich na nowo.
Jednakże nieustanne poszukiwania, niezwieńczone niczym więcej niż kilkoma nowymi dążeniami, są bardzo wyczerpujące. Jeśli szukanie przestaje być dla nas skuteczne, nadszedł czas by otworzyć się na coś innego.
Problem leży bowiem w samym nawyku szukania – w notorycznym myśleniu, że coś, czego się obecnie nie ma, sprawi, że staniemy się tym, kim chcemy być. Prawda jest taka, że nie ma niczego do odnalezienia. W naszym wnętrzu znajduje się już wszystko, czego pragniemy. Wszyscy mamy ciało, umysł i Odwieczne JA. Nie ma potrzeby szukania niczego więcej.
New Age to nurt, w którym wyłoniło się mnóstwo duchowych poszukiwań i odkryć. To w czasie jego trwania ludzkość dokonała znacznego progresu, takiego jak wprowadzenie duchowości do głównego nurtu zachodniej kultury. To naturalny krok w rozwoju. Ludzka świadomość zaczyna być obecna w głównym nurcie, ponieważ stanowi nieodłączną część życia człowieka. New Age pojawiło się w latach 70. XX wieku. Obecnie, 40 lat później, można dyskutować czy wciąż jest to takie nowe zjawisko.
Ludzkie, nałogowe poszukiwania trwają już wystarczająco długo. Dowody wskazują, że nie kończą się sukcesem. Chociaż ludzie tolerują coraz mniej efektywne procesy, to wydaje się, że są gotowi na coś zupełnie innego.
Nadszedł czas na prawdziwą zmianę, która nie będzie tylko aktualizacją albo kolejną wersją starego zwyczaju poszukiwania. Już czas na radykalnie nowy system operacyjny. Czas powitać całkiem nową erę. New Age jest już za nami. Doświadczyliśmy go i ostatecznie nie przyniosło nam spełnienia. Jesteśmy gotowi na NOWY New Age.
Osobiście jestem wyczerpana całym tym bezowocnym poszukiwaniem i nieustannym sugerowaniem, że potrzebuję czegoś, czego obecnie nie wiem lub nie mam. Jestem za tym, żeby nowa era była pełna lekkości i łatwości. Niech będzie czymś prostym, możliwym do osiągniecia, szeroko dostępnym i niekosztującym ani centa. Posunęłabym się nawet do stwierdzenia, że powinna być czymś relaksującym i sprawiającym przyjemność. Powinna przypominać uczucie powrotu do domu po długim dniu pracy – wchodzicie przez drzwi, ściągacie buty i z westchnieniem ulgi zagłębiacie się w wygodnym fotelu. Ach. Po prostu się rozsiadacie i odprężacie. Nie ma niczego, co musicie zaraz zrobić.
Jestem za tym, aby następna „era” była w odczuciu właśnie taka. Żadnych poszukiwań, żadnej potrzeby znalezienia kolejnego dążenia. Zamiast tego przybycie do domu.
Ja PRZYBYŁAM.
Gdzie? Cóż, do domu, oczywiście. Jedynego, którego mamy, kiedykolwiek mieliśmy i zawsze będziemy mieć. Do SIEBIE SAMEJ.
W tej nieskomplikowanej erze już nikt więcej nie będzie niekompletny lub niewystarczający. Nikt nie będzie potrzebował naprawy, ulepszenia czy udoskonalenia. Ta era to powrót do fundamentów naszego istnienia – do samego siebie. Można ją nazwać Erą SIEBIE.
Era SIEBIE
Ta nowa Era może być momentem, w którym uświadamiamy sobie nie tylko daremność prowadzonych poszukiwań, ale i samą bezcelowość pogoni za czymkolwiek na zewnątrz. Mówiąc wprost – tak naprawdę od zawsze szukaliśmy samych siebie.
Przestańmy więc szukać siebie i zacznijmy BYĆ SOBĄ.
Już tu jesteście. Właśnie tutaj, bliżej nawet niż ręce i oddech. Wy to wy. Wy. Po prostu wy. To, czego szukaliście, jest tutaj.
W Erze SIEBIE chodzi o pozwolenie na samego siebie. O kochanie siebie. O znanie siebie i o całą radość, jaką można przynieść samemu sobie. Chodzi o prawdziwe urzeczywistnienie siebie. Chodzi o bycie wszystkim czym się naprawdę jest i uświadomienie sobie nieskończoności tego faktu.
Zapomnijcie o głębi morza lub przestrzeni kosmicznej – ostateczną granicą ludzkości jest ŚWIADOMOŚĆ.