Uzdrawiająca Przestrzeń

Jak sobie pomóc w trudnych czasach

Słowa uznania dla książki
Uzdrawiająca Przestrzeń

Matt Licata wskazuje miejsce, które istnieje w każdym z nas, gdzie może dokonać się uzdrowienie, przebudzenie oraz wibracyjne rozpoznanie tego, kim naprawdę jesteśmy. Mądrość, skryta głęboko w naszych najmroczniejszych doświadczeniach, pojawia się nie wtedy, gdy się od nich odwracamy, ale gdy osobiście się nimi zajmiemy –  z łagodnością, miłością i współczuciem. Ta książka pokazuje drogę prawdziwej wolności.

Sharon Salzberg,
autorka Lovingkindness oraz Real Happiness

Uzdrawiająca Przestrzeń Matta Licaty jest mądrą, pomocną i pełną współczucia książką. Chociaż uzdrowienie zawsze pozostaje tajemnicą, każdy z nas musi się zastanowić – O co prosi mnie życie i jak mogę stanąć na wysokości zadania w dojrzały sposób? Oto przystępny, życzliwy, wnikliwy i przydatny przewodnik, który każdemu czytelnikowi pomoże temu sprostać.

James Hollis, PhD,
Psychoanalityk jungowski i autor Living Between Worlds

Książka Matta Licaty jest prawdziwym towarzyszem w podróży, w naszej ziemskiej szkole. To tak, jakby prowadząc cię za rękę i kierując sercem, oswajał cię z drogą w dół, do cienia oraz w górę, do światła… i pełni prawdziwego uzdrowienia. Matt posiada piękne, gruntowne, pełne miłości zrozumienie subtelności i trudów, radości i największych cudów bycia człowiekiem.

Geneen Roth,
autorka książki znajdującej się na 1. miejscu bestsellerów New York Timesa
pt. Women Food and God oraz This Messy Magnificent Life

Łagodna, wnikliwa i niezwykle pomocna – ta książka to prawdziwy klejnot. To zadziwiające jak Matt Licata łączy ze sobą samo-współczucie, psychologię głębi oraz radykalną akceptację w piękną, pełną pasji, podnoszącą na duchu eksplorację wszystkiego, co składa się na nasze człowieczeństwo.

Rick Hanson, PhD,
Autor Neurodharma na liście bestsellerów New York Timesa

Uzdrawiająca Przestrzeń to zbiór pięknych, głębokich i poruszających przemyśleń o podróży uzdrowienia,  którą podążamy wszyscy jako ludzkie istoty. Jasno wskazuje w jaki sposób współczucie okazywane samemu sobie (objęcie z miłością własnego bólu) głęboko przekształca nasze doświadczenie, dzięki czemu możemy zrozumieć i przyswoić lekcje, jakie niesie ze sobą życie

Kristin Neff, PhD,
profesor nadzwyczajna na Uniwersytecie w Teksasie
oraz autorka Self-Compassion

Uzdrawiająca Przestrzeń – skarbnica mądrości na trudne czasy, daje nam pełne zrozumienie procesu uzdrowienia oraz głębokie współczucie wobec tych, którzy ku niemu zmierzają. Mamy tu połączenie psychologii głębi oraz alchemii transformacyjnej z nowym spojrzeniem na duchowe prawdy i mity. Dostrzegamy, że prawdziwe uzdrawianie zaczyna się dopiero wtedy, gdy przestajemy szukać szybkich rozwiązań i w pełni obejmujemy nasze zranienia. Wspaniała, głęboka, wzruszająca… obowiązkowa lektura dla każdego, kto odbywa swoją podróż uzdrowienia oraz dla wszystkich specjalistów, którzy towarzyszą w tym procesie innym osobom. Ta książka sama w sobie jest terapeutą, jakiego wszyscy szukamy.

Anodea Judith, PhD,
założycielka i dyrektorka Sacred Centers oraz
autorka Eastern Body, Western Mind i Charge and the Energy Body

Ta inspirująca książka zachęca nas do zaufania inteligencji wszystkiego, co dzieje się w naszym życiu, szczególnie gdy jest to bolesne oraz do spotkania się z tym w głęboko współczujący sposób. Matt Licata jest kartografem ludzkiego serca. Zna tę nieuchwytną przestrzeń, w której zachodzi uzdrawianie i oferuje nam mapę pozwalającą tam dotrzeć… prosto pod same drzwi. Reszta jest po prostu łaską i alchemią. Długo czekaliśmy na taką książkę.

Christopher Germer, PhD,
psycholog kliniczny i wykładowca w Harvard Medical
School, autor The Mindful Path to Self-Compassion i
współtwórca programu Mindful Self-Compassion

Książka Matta Licaty to rozważne i łagodne podejście do tego, jak możemy leczyć siebie i innych. Wprowadza nas na praktyczną i pełną współczucia ścieżkę uzdrowienia, bez konieczności posiadania złożonej wiedzy teoretycznej. Szczerze polecam ją każdemu, kto jest zainteresowany tajemnicami uzdrawiającej podróży.

 Lionel Corbett, MD,
psychiatra, psychoanalityk jungowski, profesor
psychologii głębi w Pacifica Graduate Institute
oraz autor The Sacred Cauldron

W Uzdrawiającej Przestrzeni, Matt Licata umiejętnie i z wyczuciem wprowadza czytelnika do jednego z najważniejszych, a zarazem najmniej omawianych w rozwoju duchowym zagadnień – gry nieświadomych i nieoświeconych części jaźni. Biję mu brawo za wnikliwe pokazanie tego  tematu i szczerze polecam tę książkę każdemu, kto jest zainteresowany osobistym uzdrawianiem. Oto „sekretny” przepis na transformacyjną podróż, w którą trzeba wyruszyć… jednak wymaga ona przewodnictwa. Jestem zachwycona, widząc, że dr. Licata podjął ryzyko podzielenia się tą wiedzą z każdym, kto ma odwagę zmierzyć się z tym procesem.

Ann Marie Chiasson, MD,
dyrektor Fellowship in Integrative Medicine (Towarzystwa Medycyny Integracyjnej),
profesor nadzwyczajna medycyny klinicznej w Andrew Weil Center
 for Integrative Medicine na Uniwersytecie Arizony, oraz autorka Energy Healing
i Self-Healing with Energy Medicine (z doktorem Andrew Weilem)

Uzdrawiająca Przestrzeń to genialne połączenie jungowskiej psychoanalizy oraz wschodniej mądrości kontemplacyjnej. To nowe, niesamowite dzieło Matta Licaty prowadzi nas do miejsca świętego azylu, gdzie nawet największe chwile zamętu i cierpienia możemy przyjąć ze współczuciem i łaską.

Tara Brach, PhD,
autorka Radical Compassion

Uzdrawiająca Przestrzeń zaprasza nas do poznania i wypróbowania alchemicznego sposobu stawiania czoła wszystkim trudnym rzeczom, które nas dręczą i przytłaczają. Matt Licata, wykwalifikowany psychoterapeuta i duchowa ostoja, niesie ulgę strapionej duszy. A przy tym, za pomocą specjalnych ćwiczeń przygotowuje nas do zmierzenia się z ranami psychiki, zakwestionowania ich celu w naszym życiu i przejścia przez nie, żeby wyzwolić to, co w nas najlepsze. Uzdrawianie to zawiła sprawa, jednak Matt jest właściwą osobą, która przeprowadzi nas przez psychiczną mgłę. Pisze z wrażliwością poety i wnikliwością mistrza alchemii, żeby pomóc nam ukształtować to, z czym wciąż się zmagamy, w postać, której możemy stawić czoła, zakwestionować oraz – wraz z praktyką  – pogodzić się i przyjąć.

Stan Tatkin, doktor psychologii, Terapeuta rodzinny i małżeński,
twórca Psychobiologicznego Podejścia do Terapii dla Par
(PACT) oraz autor We Do i Wired for Love

Jeżeli szukasz książki, która będzie ci towarzyszyć w tym niezwykłym czasie – właśnie ją znalazłeś. Uzdrawiająca Przestrzeń to niezawodny przewodnik do twojego wewnętrznego terytorium, który pomoże ci w zgłębianiu ważnych, głęboko osobistych i życiowych pytań, jakie zawsze prowadzą do wspaniałych odkryć i rozwoju. To wielki skarb na dzisiejsze czasy przełomowych zmian.

Caroline Myss,
autorka Anatomy of the Spirit oraz Intimate Conversations with the Divine

Od lat czytam, czerpię korzyści i dzielę się z innymi tym, co pisze Matt Licata… dlatego ogromną radość sprawiło mi odkrycie jego najnowszej, inspirującej książki. Uzdrawiająca Przestrzeń łącząc podejście psychologiczne oraz medytacyjne, jest wspaniałym źródłem i przewodnikiem dla wszystkich, którzy pragną się uczyć, rozwijać i uzdrowić.

Shauna Shapiro, PhD
psycholog kliniczny i profesor na Uniwersytecie
Santa Clara oraz autorka Good Morning, I Love You

Uzdrawiająca Przestrzeń zachęca do tego, żeby pochylić się nad tajemnicą zwykłego życia i odkryć świętość oraz uzdrawiającą moc każdej chwili – pojedynczego oddechu, cielesnego doznania czy powracającego uczucia, które tak długo czekało, żebyś je poczuł. To, co wydawało się zwykłe, okazuje się wcale takie nie być. Oto książka, którą należy trzymać blisko serca! Napełniona współczuciem Matta i głęboką mądrością, wykutą w ogniu jego doświadczeń, zarówno koi, zachęca, jak i uczy. Poetycko splatając ze sobą spostrzeżenia zaczerpnięte z neurobiologii, mitologii, psychoterapii głębi, duchowości kontemplacyjnej, oraz wspaniałych tradycji alchemii, ta książka jest towarzyszką, troskliwą przyjaciółką i zaufaną przewodniczką, która będzie cię wspierać na twojej ścieżce, kiedy czujesz się źle, jesteś przybity i nie wiesz co dalej… która przypomni ci, że jesteś ważny… okaże ci przyjaźń, kiedy świat wyda się mrocznym i samotnym miejscem… i która pomoże ci zaznać odprężenia, być może tak głębokiego, jakiego jeszcze nigdy nie doświadczyłeś. Bardzo głęboka, a równocześnie niezwykle przystępna, prosta, choć nie upraszczająca, Uzdrawiająca Przestrzeń obala wiele nieporozumień i błędnych informacji dotyczących duchowości i uzdrawiania oraz zanurza nas w bezkresnej tajemnicy, jaką jest życie, otwierając nam oczy na cud istnienia i budząc do nieprawdopodobnie pięknego życia z całą jego radością i wyzwaniami.

Jeff Foster,
autor The Joy of True Meditation
oraz You Were Never Broken

Uzdrawiająca Przestrzeń to pięknie napisana książka, ukazująca w jaki sposób przejście przez ciemność i mrok, ostatecznie wnosi do życia błogosławieństwa, mądrość i piękno, oraz prowadzi na ścieżkę ewolucji, której nie potrafiliśmy dostrzec w trudnych chwilach. Matt Licata jest idealnym przewodnikiem, o czym świadczy jego życiowe doświadczenie oraz praca psychoterapeuty. Ta książka jest ponadczasowa i uniwersalna, przepełniona użytecznymi narzędziami, które wyprowadzą cię z ciemności w stronę twojego własnego, boskiego światła.

Sandra Ingerman,
wielokrotnie nagradzana autorka dwunastu książek,
w tym Walking in Light oraz The Book of Ceremony

Splatając ze sobą mądrość refleksyjnych praktyk, wglądów Carla Junga, średniowiecznych alchemików oraz relacyjnych prawd praktyki psychoterapeutycznej i badań nad stylami przywiązania, Matt Licata oferuje nam piękny gobelin prawd, żeby przemienić bolesne przeżycia w uzdrawianie i siłę. Przeciwności losu mogą nas ograniczać, jednak z tą niesamowitą książką zyskujemy perspektywę i odwagę, żeby objąć rzeczywistość wrodzonej niepewności życia, która poprowadzi nas w podróży rozwoju i odkrywania – przechodząc od post-traumatycznego zniewolenia do wolności.

Daniel J. Siegel, MD,
profesor kliniczny w UCLA School of Medicine,
dyrektor Mindsight Institute,
oraz autor Aware oraz Mindsight

Matt Licata stał się ważnym i wymownym głosem, który zachęca nie do unikania, a do kierowania się w stronę pozornie niemożliwych do zniesienia emocji, pogrzebanych w ciemnych głębinach naszego serca. Z perspektywy nauk jungowskich, daje nam niezbędną pewność, że właśnie dzięki temu dokonamy alchemicznych przemian, w wyniku których to, co uważaliśmy za wewnętrzne zbrukanie i mrok, okaże się naszym złotem i wybawieniem. Autor oferuje również przekonujące krytyczne podejście do duchowego eskapizu oraz atakowania ego, tak bardzo powszechnych w wielu systemach duchowych.

Richard C. Schwartz, PhD,
deweloper modelu Internal Family Systems (IFS),
adiunkt Wydziału Psychiatrii w Harvard Medical School,
oraz autor ponad pięćdziesięciu artykułów i książek

Uzdrawiająca Przestrzeń to książka o miłości. Takiej, która wspaniałomyślnie, czule i pewnie obejmuje każdą część nas i innych. Matt jasno zaznacza, że ta cecha otwartości nie rozwija się łatwo i szybko. To nie tyle kwestia decyzji umysłu, co otwarcia serca, tak aby żadna część nie została pominięta w procesie uzdrawiania. Rzucając wyzwanie skłonnościom naszego społeczeństwa, żeby naprawiać, opuszczać lub umniejszać stany postrzegane jako negatywne, Matt wita mrok, śmierć, zamęt, wątpliwości, oraz inne towarzyszące im uczucia nie tylko jako preludium do światła i odrodzenia, ale jako przyjaciół, którzy sami w sobie mogą nas wiele nauczyć. Oświetla nam ścieżkę do „gościnnego domu” Rumiego, gdzie nasz wstyd i złe zamiary są mile widziane i otaczane uzdrawiającym współczuciem. Prawda jest taka, że każdy z nas pragnie sanktuarium dla tych niechcianych wzorców i struktur, a Matt jest mądrym i empatycznym towarzyszem, który nam towarzyszy i podpowiada.

Bonnie Badenoch, PhD,
autorka The Heart of Trauma oraz Being a Brain-Wise Therapist

W Uzdrawiającej Przestrzeni, Matt Licata służy nam jako współczujący i wnikliwy przewodnik po transformacyjnym procesie, z którym wszyscy musimy się zmierzyć – jak przekuć nasz ból i smutek w remedia dla Ducha, które oświetlą nam drogę. Z łagodną wyrazistością szkła powiększającego, Matt uwypukla wiele z tych rzeczy, które wypełniają nasze wnętrze, choć rzadko dostrzegamy je na pierwszy rzut oka. Miej kontakt z tą książką, a będziesz lepszym przyjacielem dla samego siebie, dla tych, z którymi podróżujesz, i dla samego życia.

Mark Nepo,
autor The Book of Soul oraz Drinking from the River of Light

Uzdrawiająca Przestrzeń to przepięknie napisany i mistrzowski poradnik, zarówno wnikliwy i poetycki, jak i praktyczny. Odkrywa przed nami drogę, którą wszyscy musimy przejść, żeby odnaleźć się w nieuniknionych wyzwaniach, jakie nieprzerwanie stawia przed nami życie, pomagając w ten sposób zrealizować swój potencjał jako żyjących pełnią serca i ciała, autentycznych ludzkich istot. Nie przychodzi mi do głowy lepsza książka do czytania w obecnych czasach, czy w jakimkolwiek innym momencie drogi przez codzinność. To absolutnie lektura obowiązkowa!

Richard Miller, PhD,
autor The iRest Program for Healing PTSD,
iRest Meditation, oraz Yoga Nidra

Ta książka to dogłębna, pięknie zróżnicowana eksploracja rozwijania bliskości ze wszystkim, czym jesteśmy, włączając to wszystko w nas, co jesteśmy skłonni odrzucać lub unikać. Matt przedstawia te zagadnienia nie tylko w przejrzysty sposób, ale i z troską, bez względu na to, jak bardzo nierówny jest teren, po którym się porusza. Naprawdę polecam!

Robert Augustus Masters, PhD,
autor Spiritual Bypassing, Emotional Intimacy,
oraz Bringing Your Shadow Out of the Dark

Uzdrawiająca Przestrzeń zachęca do tego, żebyśmy odkryli i wykreowali sposób na bycie z naszymi trudnymi doświadczeniami, który będzie osobisty, kochający i głęboko transformujący – oraz, posługując się terminologią Junga… alchemiczny. Opierając się na latach swojej praktyki psychoterapeuty w nurcie psychologii głębi i praktyk kontemplacyjnych, Matt Licata subtelnym, psycho-duchowym zagadnieniom nadaje dojrzałe i różnorodne zrozumienie, zachęcając czytelników, żeby zaufali swojej własnej, wyjątkowej drodze życia. Elokwentna i inspirująca książka.

John J. Prendergast, PhD,
autor The Deep Heart oraz In Touch, emerytowany
wykładowca psychologii, nauczyciel i psychoterapeuta

Matt Licata oferuje mądre przewodnictwo, wsparcie, a nade wszystko bliskie partnerstwo w najważniejszej podróży ze wszystkich – powrocie do własnego wnętrza. Daje przy tym niezwykle ważną lekcję… osobiste uzdrawianie i duchowe przebudzenie nie są porzucaniem swojego ja, wbrew temu, co zdają się sugerować niektóre nauki, ale procesem stawania się  całością i kimś bardziej pełnym życia. Matt pisze jasno i z pasją, prosto ze swojego do twojego serca.

Judith Blackstone, PhD,
założycielka Realization Process oraz
autorka Trauma and the Unbound Body

Wkraczając w erę radykalnej niepewności i nieprzewidywalności, ważne jest znalezienie wewnętrznych narzędzi, zarówno psychologicznych jak i duchowych, które będą nas prowadzić i wspierać. Zamiast uciekać w strach i odosobnienie, musimy zaakceptować te trudności i brak poczucia bezpieczeństwa, które przynosi nam życie. W oparciu o starożytną tradycję alchemii, Matt Licata daje nam dostęp do przestrzeni prawdziwego uzdrawiania i transformacji, pokazując, jak rozwijać się poprzez ciemność i odkryć prawdziwe złoto swojego wewnętrznego ja. Jesteśmy zachęcani, żeby doświadczyć tego, jak bardzo jesteśmy wewnętrznie trzymani, co pozwala nam otworzyć się na nowy świat i wkroczyć w nieznane doświadczenia. Uzdrawiająca Przestrzeń oferuje niezbędną mądrość, która pomoże nam żyć ze współczuciem i życzliwością dla siebie i innych, oraz odkryć to, jak nasze zranienia i wyzwania stają się ścieżkami prowadzącymi do głębszej miłości.

Llewellyn Vaughan-Lee, PhD,
nauczyciel sufi i autor Love is a Fire

Ta książka to skarb na całe życie. W istocie to więcej, niż tylko książka. To pełna współczucia, nieoceniająca i mądra towarzyszka, która łagodnie pomaga nam badać i odkrywać, co znaczy być głęboko, odważnie i autentycznie ludzkim.

Martin L. Rossman, MD,
instruktor kliniczny w Centrum Medycznym
Uniwersytetu w Kaliforni, San Francisco, i autor
The Worry Solution oraz Fighting Cancer from Within

Uzdrawiająca Przestrzeń wytwornie splata ze sobą współczesne rozwiązania z dziedziny neurobiologii i psychologii głębi ze starożytną mądrością tradycji kontemplacyjnych, zapewniając nowoczesną, zintegrowaną ścieżkę głębokiej transformacji, która w każdym z nas wypełnia te miejsca, gdzie mogło nam czegoś brakować. Matt Licata kładzie nacisk na radykalne zaprzyjaźnienie się z samym sobą, które w życzliwy sposób na nowo ukierunkowuje naszego wewnętrznego krytyka. Ta książka trafia prosto w serce i mówi przede wszystkim o potędze miłości, która leczy urazy i traumę przywiązania. Potrzebujemy tej świeżej wizji i perspektywy. Matt zdecydowanie jej dostarcza.

Diane Poole Heller, PhD,
założycielka Dynamic Attachment Re-Patterning Experience
i autorka The Power of Attachment i Crash Course

W tej świetnie napisanej książce, Matt Licata rzuca nam wyzwanie, żebyśmy pamiętali o wypartych częściach siebie, naszych bolesnych emocjach i traumach, oraz abyśmy traktowali je jak zagubionych przyjaciół, którzy potrzebują naszej uwagi i troski. W ten sposób, choć często bywa to trudne, możemy osiągnąć stan całości oraz zaakceptować w łagodny i pełen miłości sposób te uprzednio niechciane i niewspierane aspekty nas samych… oraz stać się osobą, którą mieliśmy być. Matt wspiera ten proces z wielką uwagą i porywającą narracją, oferując pomocną dłoń w tym wymagającym, choć niezwykle ważnym procesie.

Jeffrey Raff, PhD,
analityk jungowski i autor kilku książek, włączając
Jung and the Alchemical Imagination oraz The Practice of Ally Work

Od pierwszych stron Uzdrawiającej Przestrzeni, Matt Licata wciąga nas w medytacyjną bliskość z darem i cudem naszego ciała, umysłu i serca. Trzyma nas tam pewnie, oferując godne zaufania przewodnictwo w łagodnej sztuce dotykania bolących miejsc u siebie i innych z delikatną klarownością i miłością.

James Finley, PhD,
psycholog kliniczny, były mnich, duchowy podopieczny
Thomasa Mertona oraz autor Merton’s Palace of Nowhere

Uzdrawiająca Przestrzeń przekonująco zaprasza nas do rozpoczęcia odważnej, osobistej podróży – do świadomego zanurzenia się w ból nieprzeżytego życia. Do radykalnego zaufania procesowi intuicyjnej obserwacji. Do bycia i zaprzyjaźnienia się z najgłębszymi, najintymniejszymi, niekiedy pogardzanymi częściami nas samych – do miłowania i uznania ich za własne. Do wsłuchania się w mądrość i inteligencję tego, co nam przekazują. Do trwania w tym procesie w wewnętrznym, namacalnym poczuciu świętego bezpieczeństwa i miłującej obecności. Do tego, żebyśmy w pełni poznali samych siebie, żebyśmy wyłonili się w radykalnie nowym zrozumieniu całości tego, czym jesteśmy, w pełni żywi, w pełni uczestnicząc we wszelkich wyzwaniach i możliwościach, jakie oferuje nam życie w trudnych czasach… w każdych czasach. Matt Licata to więcej niż szanowany autorytet i godny zaufania przewodnik; jest współczującym towarzyszem w tej podróży, który zapewnia metafory i znaki niezbędne do odnalezienia się w tej „zielonej masie” poczwarki, która powstaje, kiedy niepozorna gąsienica zaczyna przeobrażać się w piękno i wolność motyla. Rozjaśnia czytelnikowi subtelne zawiłości tego paradoksalnego tańca bycia i stawania się, który wykonujemy, pełni życia, już uzdrowieni.

Linda Graham, MFT,
psychoterapeutka i autorka Resilience

Szczęście jest w istocie wyjątkową i indywidualną drogą. Uzdrawiająca Przestrzeń zapewnia wspaniały, głęboki wgląd i osobistą duchową  ścieżkę prowadzącą do wewnętrznego spokoju w obliczu wyzwań współczesności.

C. Norman Shealy, MD, PhD,
prezes American Holistic Medical Association /Amerykańskie Stowarzyszenie Medycyny Holistycznej/

Pomimo naszego pragnienia, żeby żyć chwilą, większość z nas żyje przeszłością –  wciąż powtarzając stare dramaty i korzystając ze starych rozwiązań w obliczu nowych wyzwań. W Uzdrawiającej Przestrzeni, Matt Licata oferuje nam sposób na wyjście z tego co było, do tego, co jest teraz. Ta droga nie jest łatwa… ale jest prawdziwa. Ta książka nie jest zwykłym czytadłem – to wybawicielka i przyjaciółka. Korzystaj z niej mądrze.

Rabbi Rami Shapiro,
autor Holy Rascals

Uzdrawiająca Przestrzeń  rozwija przed nami interesującą ścieżkę ku alchemicznej tradycji psychologii głębi, gdzie Matt Licata oferuje potężne i odpowiedzialne narzędzia do pracy nad samym sobą. W przeciwieństwie do popularnych pozycji zawierających slogany i eskapistyczne fantazje ezoteryczne, książka ta nie ogranicza ludzkiej podróży do kilku uproszczonych kroków, za to zachęca nas, żebyśmy „pobrudzili sobie ręce” i mieli odwagę oraz środki niezbędne, żeby znieść to, co nieznośne. Przypominając nam, że „ żadna emocja nie jest chorobą”, i że wolność kryje się w objęciu wszystkich części własnego ja, ta książka wspiera i oświetla drogę do świadomego zrozumienia i urzeczywistnienia.

Rick Jarow, PhD,
profesor nadzwyczajny religioznawstwa w
Vassar College oraz autor Creating the Work You Love,
Alchemy of Abundance oraz The Ultimate Anti-Career Guide

Potrzebujesz tej książki! Wszyscy jej potrzebujemy! Choć powstała tuż przed wybuchem pandemii, to prawdziwie leczniczy balsam dla naszego umysłu, ciała i duszy na czasy, gdy zmagamy się z zewnętrznymi i wewnętrznymi czynnikami stresogennymi. Dr. Licata oferuje swoją pełną współczucia mądrość, uzasadnioną klinicznym doświadczeniem oraz badaniem tradycji buddyjskiej i psychologii głębi, na korzyść nas wszystkich.

Lawrence Edwards, PhD,
członek kadry w New York Medical College,
autor The Soul’s Journey oraz Awakening Kundalini

Wyraźnie kontrastując z presją wywieraną przez naszą kulturę „zawsze-czuj-się-dobrze”, Uzdrawiająca Przestrzeń w samą porę oferuje nam mile widziane zaproszenie, żeby zapuścić się w głąb, objąć własną słabość i zranienie, i dotrzeć do łagodności, której wszyscy poszukujemy, żeby stać się bardziej ludzkimi. Matt Licata opiera się na swoim wyjątkowym połączeniu psychoterapii, praktyki medytacyjnej oraz wyobraźni poety, żeby pomóc nam przekształcić bezpośredniość naszej własnej świadomości w podnoszący na duchu tygiel niezachwianej obecności i radykalnej akceptacji wszystkiego, czym jesteśmy i możemy być. Każdy, kto ma odwagę spotkać się ze swoim człowieczeństwem w całej jego chwale i ze wszystkimi jego niedociągnięciami, odniesie korzyści z leczniczego balsamu, który w razie potrzeby może zapewnić już kilka stron tej niezwykłej książki.

Miles Neale, doktor psychologii,
psychoterapeuta buddyjski, autor Gradual Awakening,
oraz założyciel Contemplative Studies Program

Ponieważ nasza droga przez życie, podobnie jak w przypadku każdego człowieka, jest wyjątkową historią, która nigdy przedtem nie została, i nigdy więcej nie zostanie, opowiedziana, tak naprawdę żaden przewodnik nie pasuje całkowicie do tego terenu. Ten pięknie opracowany traktat Matta Licaty jest jednak tak blisko, jak to tylko możliwe! Zaznaczając, że „nie jesteśmy projektem, który należy ukończyć, ale tajemnicą, która nabiera formy”, oferuje zaproszenie i pokazuje, jak otworzyć się na nieoczekiwaną mądrość, kreatywność i piękno naszego bezpośredniego doświadczenia.

David Feinstein, PhD,
współautor The Energies of Love oraz Energy Medicine

Książka Matta Licaty, Uzdrawiająca Przestrzeń, jest niczym list miłosny skierowany do mojego gwałtownego serca – to dar bycia widzianą przez jego poetyckie i potężne słowa. Po tym, jak spędziłam kilka dekad w sferze nauk dharmy, które często patrzą przez pryzmat transcendencji, sugerując, żebyśmy wręcz przezwyciężali bycie człowiekiem, ta książka pozwoliła mi odetchnąć. Przebija się przez fasadę i obejmuje kalejdoskop zjawisk, jakim jest nasze skomplikowane, nieokrzesane, wrażliwe i delikatne istnienie, podczas gdy my staramy się żyć z większą świadomością i leczyć nasze stare historie i rany. Oto rodzaj uzdrawiania, który jest drogą objęcia wszystkich części. Połączenie psychologii, duchowego zrozumienia i lirycznych rozmów o pełni i kompletności życia sprawia, że w całej swojej istocie czuję się jak w domu.

Janet Stone,
nauczycielka jogi i założycielka Stone Yoga School

PRZEDMOWA

Mirabai Starr

Nie wiem jak wy, ale ja jestem już bardzo zmęczona całym tym projektem samodoskonalenia. Tym niekończącym się dążeniem, żeby odkryć i unicestwić hordę wewnętrznych demonów stojących na mojej drodze do oświecenia, które to zawsze wyobrażałam sobie jak jakąś czystą krainę idealnego spokoju, gdzie unoszę się ponad moimi przyziemnymi troskami niczym bajkowy jogin, na zawsze już wolna od narcyzmu i innych krępujących skłonności, niezawodnie dozując współczucie dla bezbronnych, mądrość dla nieświadomych, i swego rodzaju zmysłowy wewnętrzny blask wobec każdego, kto zbliży się do mojego oczyszczonego i udoskonalonego (nie) ja.

Tak czy inaczej, to nie przyniosło owoców. Nadal pojawia się ten sam gniew, kiedy jestem bombardowana trzema równocześnie domagającymi się mojej uwagi rzeczami, na przykład próbuję napisać stonowany politycznie e-mail, podczas gdy moje psy szczekają jak opętane tuż pod oknem, a ja właśnie przewróciłam kubek z herbatą. Wciąż tracę panowanie nad sobą. Wrzeszczę i uderzam w biurko, przewracając moje małe figurki Saraswati i Matki Bożej z Guadalupe. To wcale nie jest miłe.

Nie chcę umniejszać mojej nerwicy. Bywa dużo gorzej. Taka mieszanina złych zachowań wynikających ze sprzecznych schematów myślowych – Jestem zbyt pewna siebie… Na niczym się nie znam… Nikt nie zwraca na mnie uwagi… Każdy czegoś ode mnie chce… Dlaczego taki a taki zgarnia wszystkie duchowe profity, skoro to przecież moja specjalność? Pozwalam sobie miewać mini napady gniewu lub traktować kogoś chłodno, żądać uwagi od innych albo traktować jak powietrze tych, którzy mnie drażnią. Tracę nadzieję, że kiedykolwiek wydostanę się z tego bagna.

I nagle pojawia się pełna współczucia książka Matta Licaty, Uzdrawiająca Przestrzeń. Na jej stronach, Matt z wyjątkową cierpliwością, ciepłem i poezją zaprasza nas, byśmy wkroczyli w mrok naszej duszy i zamieszkali tam jak na świętej ziemi. Łagodnie prowadzi nas do naszego ciała, do nawiązania z nim więzi za pomocą oddechu, żebyśmy zaczęli rozważać możliwość zaprzyjaźnienia się z tymi częściami nas samych, które porzuciliśmy, uznaliśmy za haniebne i niegodne, „nie-duchowe”. Unosi zasłonę z oblicza naszego cierpienia, ukazując promieniejące piękno, które się  tam znajduje. Zachęca, żebyśmy dzielili się prawdą o naszym załamaniu, dzięki czemu stajemy się swego rodzaju alchemicznym naczyniem w tym świecie… „uzdrawiającą przestrzenią”, w której inni mogą doświadczyć swojej własnej przemiany. Matt zapewnia, że każdy z nas ma dostęp do nadzwyczajnej inteligencji i odwagi złamanego ludzkiego serca oraz przywilej naśladowania umiejętności serca do powracania do domu.

Ten powrót do domu, jak pokazuje Matt, najprawdopodobniej nie jest tym, czego oczekiwaliśmy, pisząc się na ścieżkę oświecenia. Zostaliśmy nauczeni przez nasze duchowe społeczności – czy to tradycyjne instytucje religijne czy miejsca alternatywnych praktyk – żeby starać się przezwyciężać pewne uczucia i doznania w imię jakiegoś wyidealizowanego stanu, gdzie nie będą nas poruszać żadne „niższe wibracje”, a my swobodnie będziemy mogli domagać się realizacji należnego nam prawa do pokoju, miłości i wiecznej szczęśliwości. Matt zwraca uwagę, że taka „agresywna kampania przeciwko różnym niechcianym pasmom emocjonalnego spektrum” spycha w cień szeroki wachlarz znaczących, inteligentnych i ważnych energii, które ostatecznie i tak wypłyną przez szwy naszej nadwyrężonej psychiki, przysparzając jeszcze więcej cierpienia nam samym i innym.

A co jeśli, zamiast pędzić do naszej poduszki do medytacji lub praktykowania asan, niczym ponury żołnierz wkraczający na pole bitwy, gotowi wygnać nasze ego raz na zawsze, weźmiemy je w objęcia, nachylimy się bliżej i wysłuchamy wiedzy znajdującej się w samym rdzeniu jego natarczywego lamentu? A co gdybyśmy rozpoczęli psychoterapię niczym matka, która odkłada na bok swoje niekończące się listy rzeczy do zrobienia i po prostu siada, żeby pobawić się ze swoim dzieckiem, kierując się niczym innym jak pełną miłości ciekawością? Czy potrafilibyśmy wypowiadać swoje modlitwy, służyć potrzebującym albo pracować w imię pokoju i sprawiedliwości, jednak nie po to, żeby oczyścić karmę lub utorować sobie drogę do bram niebios, ale raczej w ramach prawdziwego uznania naszego udziału w sieci współistnienia, która łączy nas wszystkich?

Jednymi z moich ulubionych fragmentów Uzdrawiającej Przestrzeni są te o alchemii. Od zawsze byłam zafascynowana metaforą przemieniania ołowiu naszych trudnych doświadczeń w coś złotego i jaśniejącego, czy to w dzieło sztuki, czy w życiową służbę. Jednak w tej książce, Matt przedstawia o wiele głębszy i bardziej rewolucyjny aspekt alchemicznego procesu, niż kiedykolwiek sobie wyobrażałam – oto starożytni alchemicy nie uważali materiału bazowego jedynie jako coś, co należy przemienić lub czego należy się pozbyć, lecz widzieli w nim „substancję bogów”. Świętą. Piękną. Do kochania. Tak naprawdę, poświęcając się naczyniu przemiany, wkraczali w coś, co Matt nazywa „romansem z rzeczywistością”. Co by się stało, pyta Matt, gdybyśmy pokochali nasz miłosny zawód, nasz smutek, nasze zagubienie? Dodajmy jeszcze do listy – depresję, zazdrość i wstyd. Gdybyśmy pokochali rzeczywistość, jakkolwiek nam się nie ukazuje w danym momencie. Oto prawdziwa alchemiczna przemiana! Ogrzani ogniem naszej własnej czułości, bezpiecznie zanurzeni w naczyniu pełnego miłości wglądu.

Cóż za rewolucyjne spojrzenie na uzdrawianie! Zamiast przepychać się na siłę przez duchowe dyscypliny i terapeutyczne interwencje, zakochujemy się w swojej ułomności i witamy w domu wszystkie osierocone części nas samych.

To wymaga połączenia odwagi, ciężkiej pracy, cierpliwości i zaufania, żeby spotkać się z własnym cieniem, unieść go do światła i pozwolić zintegrować z resztą naszej istoty, ponieważ na nowo programujemy nasz mózg i zmieniamy nasze życie. Te części nas samych, które tak desperacko próbowaliśmy wygnać, i które ustawicznie ciągną nas w dół w najmniej odpowiednim momencie, niegdyś pełniły użyteczną rolę i zasługują na to, żebyśmy powitali je z autentyczną życzliwością i wdzięcznością.

Jednak trudno jest pracować z cieniem w pojedynkę. Kilka lat temu, kiedy po raz pierwszy zostałam poproszona o publiczne wystąpienie na kongresie na temat duchowości, ogarnął mnie niepokój i zmieszanie. Byłam w złym nastroju, brakowało mi ugruntowania i czułam się jak duchowa oszustka. Część mnie była podekscytowana, że wszystko to, na czym przez całe życie mi zależało nareszcie ma jakieś znaczenie dla świata, jednak inna, chciała uciekać i się schować. Jednocześnie byłam nękana brakiem pewności siebie, a także zirytowana tym, co odbierałam jako fałszywe projekcje mojej własnej zdolności do ratowania ludzkich dusz. Coś we mnie miało umrzeć… czułam to, i była to zarazem pociągająca, jak i przerażająca perspektywa.

W tym miejscu wkracza Matt Licata. Miałam szczęście poznać tego łagodnego mistrza ludzkiego serca w czasach, kiedy jeszcze oferował indywidualne konsultacje. Matt stworzył dla mnie bezpieczną przestrzeń, żebym mogła wejść w sam rozpalony środek moich pozornie nieustępliwych lęków i smutków. Nie był to żaden rodzaj duchowego obozu szkoleniowego, raczej okazja, żeby z miłością powitać moją własną śmierć (tak jak mistyczki, o których piszę, świętowały ją w poezji i pieśniach), i wyłonić się ze zdolnością serca do zaoferowania siebie jako „uzdrawiającej przestrzeni” dla innych. Matt nie zlekceważył tego, co czekało na mnie w otchłani ciemności – nie tylko tych części, które spowił cień, ale i samej wielkiej świętej tajemnicy – i nie porzucił mnie ani na chwilę. Jego spokojna życzliwa obecność, jego pełne szacunku trzymanie (ang. holding), dodało mi odwagi, żebym zaryzykowała oddanie siebie płomieniom mojej własnej alchemicznej przemiany. Nie był to oczywiście jednorazowy incydent, który dobiegł końca wraz z naszą terapeutyczną relacją. To nieprzerwany proces zaprzyjaźniania się z samą sobą i rozpoznawania oblicza świętości wszędzie i we wszystkim, nie na przekór cierpieniu, ale za jego sprawą… za sprawą, zarówno mojego bólu, jak i bólu całego świata.

Tak jak od zawsze przypuszczaliśmy, ta praca z duszą nie jest indywidualnym zadaniem, nie jesteśmy w tym sami. „Za kulisami”, pisze Matt w swojej wspaniałej książce, „miłość ma ręce pełne roboty, ukochana /ukochany tka światy doświadczeń, pragnąc poznać siebie poprzez formę, znajdując oświecone przejście poprzez nas jako naczynia światła i ciemności”. Zawsze, gdy jesteśmy dla siebie nawzajem, gdy sobie towarzyszymy, błogosławiąc każdy wyjątkowy zestaw ludzkich problemów, kojąc nawzajem swoje wyczerpane systemy nerwowe dzięki naszej miłującej obecności, zapewniamy bezpieczne przejście, zapewnia Matt, i „wspólnie, rozpadamy się jeszcze bardziej, płoniemy mocniej… i jakimś sposobem stajemy się bardziej kompletni”.

Wstęp

Zaproszenie do Uzdrawiającej Przestrzeni

W pewnym momencie każdy z nas będzie musiał zrewidować przekonania, które towarzyszyły mu aż do tej chwili w życiu. Choć czasem to wezwanie przychodzi cicho i powoli, jak szept prowadzący nas na nowe terytorium, dla wielu przybywa jako nieoczekiwany gość, niczym eksplozja w środku nocy, zastając nas w trakcie trudnych sytuacji, zdezorientowanych, złych, zdruzgotanych, niepewnych lub przygnębionych. Jakkolwiek się nie pojawia, służy jako przypomnienie, że nawet nasze najświętsze poglądy i cechy naszej tożsamości z upływem czasu pokrywają się skorupą, stając zużytymi artefaktami przeżywanej rzeczywistości, która nie jest już pełna życia. Z jakiegoś powodu to, co było jasne zaledwie kilka dni, a nawet kilka chwil temu, straciło swoje znaczenie i nie może już towarzyszyć nam w kolejnej fazie życia.

Powracającym tematem, jakim zajmiemy się w tej książce jest to, w jaki sposób możemy podejmować wyzwania życia w nowy przepojony ciekawością, mądrością i współczuciem sposób. Zastępując starą konfigurację wstydu, autoagresji i rezygnacji z siebie, trzymaniem, życzliwością i dostrojeniem, odkrywamy świętość „zwykłego” życia, które okazuje się być wcale nie takie zwykłe. Przekonujemy się bowiem, że nawet nasze najtrudniejsze, najbardziej zagmatwane i bolesne doświadczenia wypełnione są inteligencją i w nieoczekiwany sposób okazują się być strażnikami na drodze. Odbywając tę podróż razem, poznamy i wypróbujemy nowe perspektywy, uważnie i z łagodnością zajmiemy się naszym bezpośrednim doświadczeniem i odkryjemy świeże warstwy sensu i znaczenia.

Uzdrawiająca Przestrzeń nie jest książką, którą czyta się od deski do deski za jednym podejściem ani taką, którą należy za wszelką cenę pojąć intelektualnie… to książka, po którą sięga się od czasu do czasu w odpowiedzi na wewnętrzny impuls. Mam nadzieję, że to zainspiruje cię do zwolnienia tempa i usłyszenia tego wyjątkowego zaproszenia, kierowanego do ciebie, właśnie w tym momencie twojego życia. Zaufaj swojej intuicji i wewnętrznemu przewodnictwu, decydując, na których rozdziałach się skupić… przeczytaj kilka akapitów, często odkładaj tę książkę i pozwól sobie na wewnętrzne poruszenie, kiedy trafiasz na nowe obrazy, uczucia i odkrycia. Wspaniale byłoby, gdybyś zabrał tę książkę na łono natury, usiadł na ziemi i poprosił ją, żeby wybrała stronę, akapit i przewodnictwo, których pragnie twoja dusza. Czytaj tę książkę nie tylko z otwartym i krytycznym umysłem, ale całym ciałem, miękkością serca i kreatywnością wyobraźni. Niech cię przenika, komórka po komórce. Nie musisz starać się „rozumieć” każde słowo w jakiś linearny, racjonalny sposób… zachęcam cię natomiast, żebyś wkroczył w wizjonerski świat z myślami, emocjami i obrazami wywołanymi tym, co czytasz i udał się z nimi w podróż, jak z bratnimi podróżnikami przez tajemniczą krainę.

Moje słowa są bardziej poetyckie niż nakazowe, co oznacza, że nie poprowadzę cię krok po kroku przez zbyt wiele ćwiczeń, ani nie udzielę ci szczegółowych instrukcji. Jest wielu uzdolnionych nauczycieli i przewodników w medytacji, modlitwie, wizualizacji i głębokiej pracy wewnętrznej, którzy mogą ci przynieść wiele korzyści na twojej drodze. Moją intencją jest raczej to, żeby ta książka była twoim towarzyszem w czasach ciemności, zamętu i niepewności, lub w jakimkolwiek innym momencie, kiedy uświadomisz sobie, że pragniesz inspiracji, głębi, i nowej perspektywy. Ona nie ma zastąpić twojego bezpośredniego doświadczenia, ale być dla ciebie troskliwą przyjaciółką i szeptem zapraszającym cię z powrotem do domu, którego w pewien paradoksalny sposób tak naprawdę nigdy nie opuściłeś.

Choć mam nadzieję zachęcić cię do głębszego uczestnictwa w tajemnicy, która pojawia się w twoim życiu i jako twoje życie, nie mam dla ciebie żadnych gotowych odpowiedzi. Raczej, postrzegam swoją rolę jako kogoś, kto pomaga rzucić światło na ogrom czy wręcz magię pytań samych w sobie. Ich natura jest wyjątkowa, wyrażona w języku i obrazach, jakie tylko ty potrafisz zrozumieć. Moje słowa są jedynie palcami wskazującymi księżyc, który już w tobie wschodzi, a moją jedyną intencją jest skierować cię z powrotem do kreatywności oraz inteligencji, którymi nasiąknięte są twoje komórki w tej właśnie chwili, niezależnie od tego, czy czujesz się tego godzien, czy uważasz, że jesteś wrakiem, albo że całkowicie się rozpadłeś. Nawet w takich chwilach jesteś trzymany przez coś ogromnego i bezkresnego. Zapewnijmy świątynię czy azyl dla twojej własnej esencji mądrości, żeby mogła się wyłonić w miarę, jak będziemy wspólnie podróżować po tych stronach.

Twoja podróż jest bezprecedensowa i najpewniej nigdy nie będziesz usatysfakcjonowany niekompletną albo cudzą ścieżką. Moim celem w tej książce jest zachęcić cię do całkowicie nowego poziomu zaufania w swoje WŁASNE doświadczenie oraz do odważnej podróży bohatera lub bohaterki – podróży, która zawsze tętni życiem, objawiając się w każdym nowym tu i teraz.

W Uzdrawiającej Przestrzeni będę używał języka metafor i obrazów z różnorodnych obszarów, takich jak alchemia, neurobiologia czy duchowość kontemplacyjna… oraz poetyckiej wyobraźni, żeby wspierać naszą wspólną podróż w nieznane. Z góry chciałbym przeprosić wszystkich prawdziwych alchemików, neurobiologów lub religioznawców (nie jestem żadnym z nich), ponieważ moje zaangażowanie w te nauki często jest niekonwencjonalne. Nie proszę, żebyś traktował te obrazy dosłownie – sam tego nie robię – lecz jako metafory wskazujące na doświadczaną głęboko w tobie rzeczywistość. Nie musisz zmieniać swojego systemu przekonań, wystarczy, że będziesz zaciekawiony, otwarty i pobawisz się ze mną słowami, kiedy razem będziemy marzyć i używać wyobraźni, stając się poetami oraz alchemikami nowego świata.

Włączając do naszych dociekań różnego rodzaju perspektywy, oddajemy szacunek integralności, złożoności i majestatowi psychiki, niesłychanej naturze serca oraz niezmierzonej głębi duszy. Każdy tryb obserwacji zapewnia charakterystyczny pryzmat, dzięki któremu można zobaczyć i zbliżyć się do wspaniałości Życia i ogromu, który trzyma nas wszystkich. Choć te różne sposoby badania doświadczenia niekiedy są ze sobą sprzeczne, możemy wykorzystać te sprzeczności, żeby wzbogacić nasze odkrycia i głębiej docenić to, jak cudowny w rzeczywistości jest człowiek. W jednej chwili, naukowy język może wydawać się niezwykle prowokacyjny i dopasowany, a w kolejnej medytacyjne, alchemiczne lub poetyckie sformułowanie okaże się drzwiami, przez które wkroczymy w nową percepcję, serdeczność i samopoznanie.

ALCHEMIA I ODNAJDYWANIE ŚWIATŁA W CIEMNOŚCI

Choć być może posiadasz już jakieś doświadczenie z pracą wewnętrzną, uważnością (ang. mindfulness) oraz medytacją jako realnymi ścieżkami uzdrawiania i rozwoju duchowego, alchemia i jej potencjalne zastosowanie w codziennym życiu we współczesnym świecie może być dla ciebie czymś nowym. Jest poza zakresem tej książki przedstawianie historycznego zarysu tradycji alchemii, czy jakiegokolwiek kompleksowe rozpatrywanie jej procesów i celów. Dla naszych potrzeb zajmiemy się praktyczną przydatnością alchemii w odniesieniu do głównego tematu, jakim jest odkrywanie świętości w tym, co zwyczajne oraz wydobywanie inteligencji pogrzebanej w naszych doznaniach fizycznych, emocjach i najtrudniejszych doświadczeniach.  To coś, w czym alchemia niesamowicie potrafi pomóc, na różne sposoby, które początkowo mogą nie wydawać się oczywiste. Tym samym, całe alchemiczne „opus” (słowo, którego używali alchemicy, odnosząc się do swojej pracy) jest zaproszeniem do leczniczej przestrzeni, gdzie każdy z nas jest alchemikiem własnego życia, przeprowadzając i umiejętnie zajmując się eksperymentem twórczego odkrywania i ewolucji duszy. 

Choć na poziomie zewnętrznym, alchemicy zajmowali się przemianą metali nieszlachetnych w srebro lub złoto, my skupimy się na wewnętrznym doświadczeniu, odnosząc się do niego z alchemiczną wrażliwością, wykorzystując alchemiczne obrazy, metafory, język i procesy, jako bogaty, sugestywny pryzmat, przez który będziemy spoglądać na swoje życie. W ten sposób, naszym zadaniem będzie przemienić doświadczenie uznane za bolesne, problematyczne czy dezorientujące, w wypełnione mądrością, święte ekspresje naszej ludzkiej duszy, które równocześnie zapewniają nam ważne przewodnictwo oraz znaczenie. W ten sposób, wydobędziemy aurum philosophicum (filozoficzne złoto) czy też wewnętrzne skarby, które są zakopane głęboko w naszym wnętrzu. Prawdziwy alchemik nie był zainteresowany zmienianiem ołowiu w złoto, żeby wzbogacić się w sensie materialnym, ale żeby „wybawić” ołów do jego majestatycznego stanu, czyli stanu ducha. To wyobrażenie „zbawienia” jest bardzo ważne w alchemii i wykazuje podobieństwo do naszego własnego życia, gdzie jesteśmy zapraszani do wybawienia trudnych i wymagających doświadczeń w taki sposób, żeby ich mądrość mogła zostać odkryta – ich cel, znaczenie oraz ich rola w naszym własnym uzdrowieniu.

Choć istnieje wiele starożytnych tekstów alchemicznych, pochodzących z wczesnych greckich, egipskich czy arabskich źródeł, moje zaangażowanie w alchemię zaczęło się od pracy dwóch wielkich, współczesnych alchemicznych psychologów, C. G. Junga oraz Jamesa Hillmana (w bibliografii znajdziesz listę ich prac, do których się odwołuję). Wiele zawdzięczam tym dwóm pionierom i badaczom, bez których nasze współczesne psychologiczne zrozumienie alchemii najpewniej nie byłoby możliwe. Ponieważ alchemia jest znacznie mniej znana, niż inne wspomniane przeze mnie nurty obserwacji, chciałbym zasiać tu ziarenko dla naszych przyszłych, wspólnych eksploracji.

TWÓRCZA ROLA ROZPADU

Jednym z powszechnych sposobów rozpoczęcia alchemicznej procedury jest zabieg solutio (rozwiązania, rozpuszczenia), gdzie „rzeczy” lub materiał naszego życia (taki jak różne okoliczności i sytuacje, relacje, słabe punkty emocjonalne, problemy zdrowotne, rodzinna dynamika, doświadczenia w pracy i karierze) rozpadają się i powracają do swojego „pierwotnego stanu”. W tym procesie, staje się on zarówno „roztworem” – cieczą powstałą w wyniku rozpadu podstawowych pierwiastków jak i „rozwiązaniem” – odpowiedzią na wyzwanie. („solution” to po angielsku zarówno roztwór, jak i rozwiązanie np. jakiegoś problemu – przyp. tłum.). Wyodrębnienie i praca z tym „stanem pierwotnym” są kluczowe w podróży transformacji. Mówi się, że przyjmuje on formę substancji nazywanej przez alchemików materią pierwotną (prima materia), najbardziej podstawowym „materiałem”, z którym  musimy pracować jako archeolodzy świata wewnętrznego.

To rozpuszczenie czy inaczej rozpad, może na przykład przybrać formę zakończenia jakiejś relacji lub pracy, wyrazić się jako depresja czy kryzys duchowy, niepokój albo inne objawy psychosomatyczne, szczegółowe fantazje i sny, trudne emocje albo odczucia w ciele, bądź też egzystencjalnie jako utrata znaczenia i celu. Choć możemy idealizować to działanie, traktując je jako dowód duchowej szansy, czy nawet jak przejaw łaski, rozpad niesie spustoszenie i nie jest czymś, co prawdopodobnie będzie nas cieszyć lub co z własnej woli będziemy przywoływać. Ten ruch w psychice nie jest zorientowany na „poprawę” naszego życia, pomagając nam się zaadaptować czy dopasować, nie jest też czymś, co zwykle określilibyśmy jako „samodoskonalenie”… jest to natomiast konieczne zaciemnienie przez które musimy przejść, żeby rozpocząć naszą pracę od nowa, ze świeżą wizją. 

Rozmyślając nad różnymi chwilami solutio w moim życiu – o stratach i reorganizacjach, przez które przeszedłem w mojej pracy, rodzinie, intymnych relacjach czy zdrowiu fizycznym – nie były to okresy zadowolenia i przepływu, ale rewolucji i niepokoju, kiedy to nie byłem pewien, czy zdołam przedostać się na drugą stronę. Na wiele sposobów się to nie udało – a przynajmniej nie udało się to temu „mnie”, którym byłem na początku tego procesu. Tak samo jak materiał w naczyniu, nad którym pochyla się alchemik – poprzez różnego rodzaju procesy i operacje – moje „ja” nieuchronnie zmieniło się w coś innego… to, z czym zaczynał alchemik, nigdy nie pozostawało takie samo i często zmieniało się nie do poznania, ponieważ przebyło podróż przemiany. I podobnie z naszym własnym wewnętrznym procesem… bywają okresy, kiedy to, co miało dawać nam wartość, pewność i znaczenie, rozpada się i nie jest już w stanie wspierać naszych najgłębszych postaw ani przekonań dotyczących nas samych i świata. Prawda jest taka, że materiał i tworzywo naszego życia podlega ciągłym zmianom. Choć kusi, żeby postrzegać tę naturalną reorganizację jako błąd lub pomyłkę, znak, że coś poszło „nie tak”, albo że zawiedliśmy, to odkrycie jest, paradoksalnie, podstawą do odnowy i przemiany.

Za sprawą rozpadu następuje pewien rodzaj śmierci, pokazując, że proces uzdrawiania nie jest jedynie ruchem kreatywności i światła, lecz także zniszczenia i mroku. Nieodłączną częścią tego procesu jest odkrycie, że życie nie ma być czymś, co mamy „opanować” lub „udoskonalić”, ale w co wkraczamy na nowo w każdej chwili, gotowi zachwycić się i zadziwić tym, co odkrywamy. Nie istnieje ostateczne miejsce lądowania, gdzie możemy odpocząć, wolni od prawdopodobieństwa, że dywan może zostać (i zostanie) wyciągnięty nam spod nóg w każdej chwili, odsłaniając wymiary duszy, które aż do tego momentu były ukryte.

To ścieżka ucząca pokory i niszczycielska, jak i oświecająca jednocześnie. Ożywiająca, a czasami dezorientująca. Parafrazując Junga… uczynienie ciemności świadomą nie było tym, co większość z nas miała na myśli, wyruszając w tę podróż.  Czasem możemy się zastanawiać czy jest to ścieżka dla nas, ale tylko po to, żeby zaraz sobie przypomnieć, że nie chcemy już godzić się na pół-życie… że tylko pełne spektrum zdoła zaspokoić tęsknotę, którą w sobie nosimy. Przywołuje nas większe światło, odnajdywane tylko wtedy, gdy prawdziwie i ze współczuciem zajmujemy się ciemnością we wszystkich jej postaciach.

Jeśli świadomie nie zaangażujemy się w proces rozpadu (a nawet wtedy, gdy to zrobimy), życie sprowadzi go do nas, za pomocą transformacji, zmiany i wstrząsów psychicznych wszelkiego rodzaju – zakończenie relacji, która miała trwać wiecznie, niepokojąca diagnoza zdrowotna, utrata pracy, nieoczekiwana depresja lub niemożność odnalezienia sensu w naszym doświadczeniu. Bez leczniczych wód rozpadu, pozostajemy uwięzieni w nawykowej świadomości, skazani na wąski zakres utworzonych w przeszłości filtrów, przez które postrzegamy siebie, innych i cały świat. Dzięki rozjaśnieniu tych filtrów, możemy wykorzystać kreatywną moc wyobraźni, dzikość serca, oraz odwagę i wizję, żeby zacząć śnić nowy sen.

WKRACZAJĄC NA NIEZNANE TERYTORIUM

Celem Uzdrawiającej Przestrzeni jest zainspirować cię do otworzenia się na nieoczekiwaną mądrość, kreatywność i piękno bezpośredniego doświadczenia, dzięki oczom i sercu alchemika, którym jesteś. Mam nadzieję, że spełni ona rolę wspierającej, dostrojonej przewodniczki i przyjaciółki, zapraszającej cię do empirycznego uświadomienia sobie, że nie jesteś projektem do rozwiązania, ale tajemnicą, która nieustannie nabiera kształtu. To, w jaki sposób możemy najlepiej uhonorować tę tajemnicę i pozwolić, żeby jej cechy natchnęły i rozjaśniły nasze życie jest czymś, co będziemy badać, razem odbywając tę podróż na nieznane terytorium. Praca alchemika jest możliwa dzięki umiłowaniu prawdy – moją intencją jest to, żeby nasz wspólnie spędzony czas pozwolił tej miłości ożyć na sposoby, które mogą cię zaskoczyć.

To ważne, żebyś prowadził ze sobą szczery dialog o tym, czym dla ciebie jest uzdrowienie… to tutaj informacje z drugiej ręki i jakikolwiek sprefabrykowany opis ścieżki muszą zostać zastąpione ogniem bezpośredniego doświadczenia, nawet jeśli jest ono pełne niepewności, rozczarowania, poczucia beznadziei czy wątpliwości. Powracającym motywem w Uzdrawiającej Przestrzeni jest to, że ci niechciani goście są tak naprawdę ukrytymi sojusznikami, emisariuszami mądrości i kreatywności wysłanymi przez psychikę, żeby coraz bardziej zaznajamiać nas z majestatem tego, czym w istocie jesteśmy. Choć zostaliśmy uwarunkowani przekonaniem, że transformacja i uzdrowienie są efektami odnalezienia właściwej „odpowiedzi”, rzecz w tym, żeby otworzyć się na bezkres pytania samego w sobie. Bo to właśnie tutaj, w tym szczerym otwarciu znajdziemy prawdziwą wodę życia.

Autentyczne uzdrowienie to nie stan, w którym stajemy się wolni od odczuwania, ale taki, gdzie możemy w bardziej swobodny i elastyczny sposób doświadczać wszystkiego w pełni. To gotowość do odbycia podróży w mroczniejsze, głębsze, bardziej złożone i bardziej zróżnicowane wymiary psychicznego spektrum; dla dotknięcia pełni tego, co naprawdę oznacza się tutaj narodzić, dopuszczenia do siebie wszelkich powiązanych z tym następstw i wykorzystania tych odkryć do łączenia się z innymi. Poprzez tę eksplorację odkrywamy, że choć cierpienie wydaje się i jest czymś osobistym, jest także archetypowe i, jak zauważył Budda, uniwersalne w ludzkim doświadczeniu. Zaproszenie w tej książce ma więc zachęcić nas, żebyśmy pozwolili swoim złamanym sercom, zagubionym umysłom i wrażliwym ciałom emocjonalnym służyć jako most do miejsca, gdzie możemy nawiązać rzeczywisty, pełen miłości kontakt z „innymi” w naszym życiu – nie tylko z zewnętrznymi innymi, ale i wewnętrznymi innymi – tymi częściami siebie, które zgubiły się gdzieś po drodze.

W Uzdrawiającej Przestrzeni będziemy wspólnie podróżować poprzez nasze nastroje, myśli, fantazje, sny, wspomnienia, wyobrażenia, doznania fizyczne, impulsy i uczucia, pozwalając, żeby poruszyły nas ich barwy, zapachy i esencje. Trzeba nam będzie cierpliwości i odwagi, ale przede wszystkim nowego rodzaju ciekawości i gotowości do podjęcia ryzyka – śmiałości, żeby zobaczyć, że w naszych nerwicach tkwi inteligencja, w naszych objawach, mądrość, a święte informacje w naszych emocjach. Nie oznacza to, że będzie nam się „podobać” to, co tam znajdziemy, ani że będziemy mogli czy nawet chcieli to „zaakceptować”, nie mówiąc już o „kochaniu”. Chodzi o to, żebyśmy wyobrazili sobie nasze życie w nowy sposób, okazali życzliwość samemu sobie i swojemu doświadczeniu oraz przestali porzucać siebie w chwilach natężenia emocji, zamętu i trudności. Przekonali się na własną rękę jak rzadką i cenną rzeczą jest posiadanie ludzkiego ciała, serca, które czasem zostaje złamane, i cudownego, wrażliwego układu nerwowego. Pojęli zapierającą dech w piersiach rzeczywistość w pełni przeżytego zachodu słońca i tego, jak zdumiewająca jest nasza zdolność do słuchania, odczuwania, szlochania, ponoszenia porażki i odnoszenia sukcesu. Upadali i powstawali tylko po to, żeby upaść ponownie i raz jeszcze dostrzec miłosierdzie i łaskę tego cyklu.

Celem tej eksploracji nie ma być usilne przekraczanie naszej wrażliwości – ucieczkę w stan potęgi, nietykalności czy kontroli – ani bezpieczne ukrycie się w jakimś ochronnym, duchowym kokonie, gdzie wzniesiemy się ponad to wszystko. Nie ma tu żadnego „poskramiania” czy „opanowywania”. Życie nie jest czymś, co należy opanować, tylko być pełnym podziwu i uczestniczyć w nim. Robimy to za pomocą umysłu i serca początkującego, kogoś kto wie, że w każdej chwili możliwe (prawdopodobne) jest, że życie przeorganizuje i zmieni całą naszą wytworzoną duchową tożsamość i wyobrażenia. Życie potrafi i będzie to robić, jeśli mamy szczęście, aż po kres naszych dni, wydobywając i uwznioślając coraz głębsze pokłady naszego serca i naszej wrażliwości.

Nie chodzi więc o chowanie się w duchowych ideach, nawet tak szlachetnych jak „chwila obecna”, ponieważ wszyscy dobrze wiemy, że wszędzie możemy się ukryć, a „chwila obecna” nie jest żadnym wyjątkiem. Jest to szczególnie bogate i subtelne miejsce na kryjówkę. Chodzi jednak o coś bardziej zadziwiającego. Coś bardziej magicznego. Bardziej pierwotnego. A czasem, nawet bardziej bolesnego. Podczas tego ponownego przeglądania wewnętrznego krajobrazu, ból jest czymś, w co wchodzimy świadomie, jak zaciekawieni podróżnicy w nieznane, zdeterminowani, żeby uczestniczyć i dostrzegać coraz bardziej subtelnie i głęboko cały zakres ludzkiego doświadczenia w miarę jak ono się ujawnia.

Nie jest to życie, w którym zawsze będziemy czuli się bezpieczni, spokojni, i które potwierdzi nasze najgłębiej uwarunkowane nadzieje, pomysły czy marzenia. Jest to natomiast życie osadzone w tworzeniu oraz destrukcji, ciemności oraz świetle, wystarczająco rozległe i bezkresne, żeby to wszystko trzymać, i takie w którym możemy ze wszystkiego zrobić użytek, aby zgłębiać cud, przejrzeć przez zasłony, i nawiązać głębszą więź z innymi, pomagając im (i sobie) na coraz bardziej twórcze sposoby. Wkraczamy w ten cud, kiedy w pełni uczestniczymy w tym życiu – nie tylko w tych znanych, bezpiecznych i pewnych uczuciach oraz doświadczeniach –  ale w całym jego spektrum, gdzie możemy odkryć nieznaną obfitość, która wciąż na nas czeka. Patrząc z tej perspektywy, naszym „życiowym celem” jest żyć w pełni i uszanować to, że zostaliśmy obdarzeni tą rzadką sposobnością posiadania serca, które czasem jest złamane, a czasem całe.

RADYKALNE PODEJŚCIE DO CIERPIENIA

To zdecydowanie radykalne podejście, żeby postrzegać nasz ból, zdezorientowanie i zmagania jako inteligentną formę komunikacji pochodzącą od najgłębszych części nas samych. Świadome cierpienie jest starożytną, świętą sztuką utraconą w naszych czasach. Została ona zastąpiona pełną dobrych chęci, słoneczną branżą samopomocy, która ma wyprowadzić nas z ciemności i zawiłości do nieustannej radości, przepływu, szczęścia i błogości. Oczywiście, nie ma nic złego w którymkolwiek z tych pozytywnych stanów! Radujmy się i bądźmy wdzięczni, kiedy ich doświadczamy, jednak niech nie odbywa się to kosztem fragmentacji, porzucania samego siebie czy psychicznego wyczerpania powodowanego niekończącym się szukaniem możliwości poprawy. Zanim uznamy inne, mroczniejsze doświadczenia za nieważne lub będziemy je postrzegać jako przeszkody na drodze do celowego i satysfakcjonującego życia, zwolnijmy nieco tempo, otwórzmy się i popatrzmy uważnie. Kiedy doświadczamy cierpienia świadomie, ujawni ono coś, czego się nie spodziewaliśmy. Sens odkryty w świadomym cierpieniu, będzie przekazywany szeptem przez ukrytych alchemików, joginów, poetów, artystów, rodziców, zwyczajne kobiety i zwyczajnych mężczyzn… wystarczy tylko, że zechcemy wsłuchać się w ogłuszającą ciszę. Ponieważ porzucając srebrzystą, przypominającą księżyc esencję ciemniejszych odcieni spektrum, tracimy kontakt z witalnością, mądrością… i duszą.

Z jakiegoś powodu dano nam serce, które jest całością i niezależnie od tego, jak czasami może to być kuszące, nigdy nie będziemy zadowoleni, godząc się na coś, co jest niekompletne, nawet jeśli wydaje się bardziej pewne i bezpieczne. Być może ta wpisana w nas tęsknota za pełnym spektrum jest błogosławieństwem oraz przekleństwem, ponieważ niekiedy jest to przytłaczające, ponieważ to pragnienie, ten płomień może, i obróci w proch wszystko w nas, co nie jest w pełni rozjaśnione. To spopielenie jest kolejnym ważnym procesem, o którym możemy dowiedzieć się od alchemików, ponieważ podobnie jak solutio, calcinatio pali i przemienia surowy materiał w drobny, biały proszek, prochy nowego życia. Nigdy nie uda nam się poczuć pełni życia, jeśli będziemy akceptować tylko te uczucia, wyobrażenia, marzenia i części nas samych, które nasze rodzina, społeczeństwo czy autorytety uznają za godne i uzasadnione. Osiągniemy to jedynie dzięki odwadze potrzebnej do przyjęcia wszystkiego co się pojawia, okazania temu życzliwości i przemiany surowego tworzywa naszego życia, w klarowną ekspresję mądrości i miłości we wszystkich jej postaciach.

Razem, możemy uczestniczyć w pełnym spektrum doświadczania człowieczeństwa, z taką ciekawością, duszą i życzliwością, jaką potrafimy odkryć. I obyśmy dali sobie pozwolenie, żeby nam zależało, żebyśmy podjęli ryzyko zgody na to, aby druga osoba była dla nas ważna, i żebyśmy zajęli się sercem, ponieważ nieuchronnie się złamie w odpowiedzi na ten słodko-gorzki świat – niekoniecznie po to, aby je sklejać… ponieważ wcale nie mamy pewności, czy naprawdę tego chce. Musimy odkryć najgłębsze pragnienia serca oraz to czy ono potrzebuje naprawy, nawet w chwilach, kiedy zostało zdruzgotane. A może woła o coś odrobinę bardziej magicznego, kreatywnego i żywego? Być może czasami musimy runąć na ziemię w obliczu wielkości Wszechświata, oniemiali i pełni podziwu dla obfitości rozciągającej się u naszych stóp. Rozpaść się na kawałki. Ponieść porażkę. Podnieść się. Ponownie zostać upokorzonym. Zacząć od nowa. Być początkującym. Dyletantem na ścieżkach miłości. Przejść tę drogę z naszymi bratnimi towarzyszami podróży, oraz słońcem, księżycem, i gwiazdami. I wspólnie zdać sobie sprawę, jak mało wiemy w obliczu tego wszystkiego.

Dziękuję, że dzielisz się ze mną cząstką swojego serca i życia, kiedy razem zwracamy się twarzą w stronę tajemnicy.

MATT LICATA
Jesień 2020
Boulder, Kolorado

SPOJRZEĆ NA NOWO, CO OZNACZA WYZDROWIEĆ

Ważne jest, żeby zwolnić i tchnąć nowe życie w pojęcia, język i sposoby, których używamy, zajmując się swoim psychicznym i duchowym życiem. Zacząć czasami od nowa i nie wychodzić z założenia, że zbyt wiele wiemy na temat serca i jego tajemnic. W przeciwnym razie może się okazać, że znajdujemy się w nad wyraz abstrakcyjnej relacji z duszą i duchem, przygnębieni i bez polotu, pozbawieni kontaktu z czymś dynamicznym i żywym. Szczególnie pojęcie „uzdrawiania” potrzebuje naszego głębokiego zastanowienia i ponownego przemyślenia. W mojej pracy psychoterapeuty oraz gdy prowadzę zajęcia z osobami przebywającymi na dłuższych warsztatach, pomimo różnych doświadczeń i wyjątkowych okoliczności życiowych, niemal każdy z kim rozmawiam, mówi o tęsknocie za doświadczeniem prawdziwego uzdrowienia, cokolwiek to dla niego znaczy… uzdrowienia przekraczającego zaledwie powierzchnię i sięgającego o wiele głębiej – nie tymczasowego rozwiązania, ale transformacji, która przenika do rdzenia.

Wielu ludzi ma już dość starych sposobów bycia, są zmęczeni „zużytymi” podejściami do oświecenia i doskonalenia, sfrustrowani faktem, że nie są w stanie stworzyć dla siebie życia, które wiedzą, że jest możliwe w oparciu o najgłębsze prawdy, które odkryli. Jednak zbyt często koncepcja uzdrowienia staje się uogólniona, teoretyczna i traci swoją świeżość. Być może kiedyś  była kojarzona z kreatywną, transcendentną wizją życia, z czasem jednak stała się zaledwie kolejnym pojęciem pośród wielu, dalekim celem i odległym marzeniem, pozbawionym znaczenia i możliwości, które niegdyś posiadała. Została oddzielona od doświadczenia, wskazując na jakieś niejasne poczucie życia bez zakłóceń, wolnego od emocjonalnej intensywności, niezawodnie pewnego i bezpiecznego, w którym przebywamy poza historią i czasem, w wymiarze wypełnionym stałym poczuciem pokoju, błogości i duchowego wglądu. Choć wszystko to z pozoru brzmi dobrze, z jakiegoś powodu ta rzeczywistość „uzdrowienia” straciła swoją moc i obietnicę.

To, co ludzie często mają na myśli mówiąc o „uzdrowieniu” jest permanentnym stanem, gdzie nie musimy już dłużej pozostawać w bezpośrednim kontakcie z określonymi doświadczeniami, których nie lubimy, takich z którymi nie jesteśmy w stanie sobie poradzić ani ich kontrolować, lub które w jakiś sposób reprezentują dla nas poczucie porażki. Uzdrowienie staje się wówczas sposobem na zabezpieczenie się przed wiecznie żywą i zmienną rzeczywistością naszej wrażliwości, niewiedzy i tajemnic życia. Mamy podskórne przekonanie, że jeśli zdołamy się „wyleczyć”, będziemy mogli uniknąć tej niepewności. Nawet jeżeli świadomie nie zdajemy sobie sprawy z tych myśli na temat uzdrowienia, u wielu z nas wpływają one na wewnętrzne postrzeganie. 

Wchodząc w głębsze warstwy naszego doświadczenia, co będziemy robić wspólnie, przemierzając przez kolejne strony tej książki, być może odkryjemy na ile sposobów zaczęliśmy wyobrażać sobie „uzdrowienie” jako stan, w którym już nigdy nie będziemy musieli stawić czoła rozczarowaniu, dezorientacji, depresji, wstydowi, strachowi, ani rzeczywistości bezbronnego, zdruzgotanego serca. Nieobecność pewnych stanów uczuciowych byłaby jasnym dowodem na to, że jesteśmy „uzdrowieni” i możemy żyć dalej. Tylko czy to jest uzdrowienie, czy raczej strach? Ten w dużej mierze niezbadany pogląd na uzdrowienie, który zwykle działa bardzo subtelnie i w przeważającej części poza świadomym rozumieniem, doprowadza do sytuacji, w której w równie subtelny sposób stawiamy życiu opór. Wiele możemy się dowiedzieć, odkrywając, jak nasze wyobrażenia na temat uzdrawiania splątane są z lękiem i unikaniem pewnych doświadczeń, trzymaniem się z dala od zwykłych ludzkich stanów – rozczarowania, niepewności czy niewiedzy. Jeśli strach jest energią przewodnią, która stoi za działaniem mającym na celu zastąpienie jednego doświadczenia innym, czy wówczas rzeczywiście zdrowiejemy, czy tylko bardziej osadzamy się w energii samego strachu?

Jeśli, na przykład, za każdym razem gdy w naszym doświadczeniu pojawia się gniew – albo zazdrość, żal, smutek czy zdezorientowanie – robimy coś, żeby zastąpić to szczęściem, wdzięcznością lub radością i wówczas gniew tymczasowo nam „przechodzi”, czy to jest uzdrowienie? Czy może coś  innego? Sugeruję, że jakakolwiek aktywność porzucania samego siebie, która oddala nas od prawdziwego uzdrowienia, napędzana jest lękiem i głęboko zakotwiczonym przekonaniem, że nie możemy być blisko i okazać samemu sobie życzliwości w obliczu pewnych trudnych emocjonalnie doświadczeń. Tracimy kontakt z mądrością nierozerwalnie związaną z trudnościami życia, co poniekąd jest zrozumiałe. Jednak teraz przyjrzymy się temu na nowo, razem, powoli i prowokująco… i wkroczymy ponownie w nieznane, gdzie czeka na nas tajemnica.

W tej książce będę często odnosił się do pojęcia „porzucanie siebie”, które wskazuje na całą gamę poglądów, strategii  wzorców czy zachowań służących temu, żeby odsunąć nas od przeżywania bezpośredniego doświadczenia, zwłaszcza doświadczania niekomfortowych uczuć, i które opisuje to, w jaki sposób odwracamy się od siebie w trudnych chwilach. Porzucając siebie, często pogrążamy się w dysocjacji, zaprzeczaniu, wstydzie, osądzaniu i obwinianiu, tracąc tym samym kontakt z wartościowym, ludzkim, szlachetnym doświadczeniem wewnętrznym, które pragnie naszej uwagi, zainteresowania i troski. W następnych rozdziałach będę mówił dużo więcej na temat porzucania siebie, ponieważ rozwikłanie tego tematu jest jedną z podstaw dogłębnej transformacji, uzdrowienia i tworzenia nowego wzoru tkanego z zainteresowania, empatii i samorealizacji.

Kłopot z naszymi uwarunkowanymi strategiami porzucania siebie polega na tym, że na swój sposób one skuteczne. Rzeczywiście wydają się działać… no cóż, w pewnym sensie. Przynajmniej wyglądają na skuteczne w danym momencie, ponieważ na chwilę mogą  nam pomóc wydostać się z niepewnego terytorium. Można, na przykład, spojrzeć na różne rodzaje naszych uzależnień jako przejawy samo-porzucenia, sposoby unikania stanów uczuciowych, które z czasem zaczęliśmy kojarzyć z czymś bardzo niebezpiecznym, niefunkcjonalnym, żenującym czy  postrzeganym jako dowód, że coś jest z nami nie tak. Chociażby sięganie po jedzenie kiedy nie jesteśmy głodni; bezmyślne korzystanie z telewizji lub Internetu; niezdrowa ekspresja seksualna; lub szkodliwa zależność od narkotyków, alkoholu, a nawet od drugiej osoby, zwłaszcza jeśli ta osoba źle nas traktuje. Być może wytrenowaliśmy się w tym, żeby kontrolować swoje życie i radzić sobie z nim tak, że jest w porządku.. że wszystko wydaje się stosunkowo pewne i bezpieczne. Ale równocześnie możemy czuć się martwi, puści i sparaliżowani, z nieokreślonym wrażeniem, że czegoś nam brakuje. Nawet jeśli nie potrafimy znaleźć przyczyny, to nawiedza nas niczym duch naszego nieprzeżytego życia.

Koniec końców, musimy odłożyć na bok wszelkie zewnętrzne definicje uzdrowienia (łącznie z tymi zawartymi w tej książce!) i powrócić do domu, z powrotem do ognia własnego bezpośredniego doświadczenia. Bo tylko tam możemy odkryć dla siebie, czym jest uzdrowienie, jakie jest jego wyjątkowe znaczenie i jak wyraża się w naszym życiu, co motywuje naszą chęć uzdrowienia i na jakie sposoby możemy nieświadomie opierać się zmianom, o których wiemy, że są konieczne. Każdy z nas jest zachęcany do tego, żeby zgłębić naturę tego, co konkretnie dla mnie oznacza prawdziwe uzdrowienie, żeby zaangażować się w ten proces powoli, z ciekawością, cierpliwie z nim pobyć i poddać mu się, kiedy przenika nas komórka po komórce. Musimy pozwolić sobie na powrót do otwartości [charakterystycznej dla] amatora, podjąć ryzyko wejścia w nieznane… i zaczynać wciąż od nowa. Możemy płonąć w świętości i czystości pytań, opierając się pokusie, żeby w pośpiechu sięgać po odpowiedzi, na które możemy nie być przygotowani, lub które do nas nie należą. Jedną z podstawowych aspiracji tej książki jest zwrócić to święte zadanie tobie, Czytelniku, wesprzeć i umocnić cię tak, żebyś odbył tę podróż dla siebie, odkrył swoje własne niuanse i prawdy dotyczące tych zagadnień, tak świętych, osobistych i poetyckich, że tylko ty jesteś w stanie je rozszyfrować.

SPRZECZNA NATURA UZDRAWIANIA

Aby odkryć czym jest dla nas natura uzdrawiania, musimy otworzyć się na dotychczas pomijane części psychiki i je wysłuchać… w przeciwnym razie będziemy w kontakcie jedynie z tym, co już wiemy. Jedną z głównych przesłanek tej książki jest to, że prawdziwe uzdrowienie i transformacja są w dużej mierze odkrywane w nieznanym – w tych nieznajomych głosach, myślach, uczuciach i obrazach, które zamieszkują głębsze zakamarki duszy, w takich wymiarach doświadczenia, na które nie zawsze pada światło świadomości. Choć jakaś część nas szczerze pragnie uzdrowienia, przebudzenia i transformacji, istnieją w nas również mniej znane, ukryte części, które mają pewien nieświadomy interes w utrzymywaniu rzeczy takimi, jakie są. Pęd do zachowania status quo, emocjonalnie i nie tylko, jest w nas głęboko zakorzeniony i nigdy nie możemy lekceważyć siły pragnienia cofania się do tego, jak było wcześniej. W tej książce rzucimy nieco światła na te ukryte części i zapewnimy im  bezpieczne sanktuarium; zbadamy również, jak i dlaczego stały się tak nieodłączną częścią naszego doświadczenia oraz jak możemy się z nimi zaprzyjaźnić i je rozjaśnić, rozpoznając ostatecznie ich prawdziwą naturę jako sprzymierzeńców i pomocników. Te pozostające w cieniu postacie i energie przemawiają do nas całymi dniami i nocami, nie po to, żeby nas skrzywdzić lub tworzyć zbędne przeszkody do pokonania, to raczej zaproszenie do głębi naszego wnętrza, gdzie służą nam za przewodników, posłańców i emisariuszy bezmiaru tego, czym jesteśmy. Ale żeby samemu się o tym przekonać, musimy oczyścić naszą percepcję, rozplątać ścieżki, i zacząć wyobrażać siebie i świat w zupełnie nowy sposób.

Możemy usłyszeć te głosy, ponieważ, na przykład, dają się poznać poprzez charakterystyczne pytania – Dlaczego po tylu latach, albo i nawet dekadach pracy nad sobą, medytacji, modlitwy, odpuszczania i uczęszczania na terapie, wygląda na to, że nic się nie zmienia? Dlaczego wciąż wybieram niedostępnych partnerów? Dlaczego wciąż odczuwam ten żal? Dlaczego mam depresję? Czy kiedykolwiek znajdę sensowną pracę? Dlaczego zawsze czuję rozczarowanie albo rozczarowuję innych? Kiedy wreszcie  ustąpią uczucia wstydu, braku wartości i wściekłości? Kiedy dotrę do celu, stanę się w pełni przebudzony, oświecony i całkowicie uzdrowiony? Kiedy zmieni się to, co mi dokucza? Czy to palące uczucie kiedykolwiek zostanie złagodzone? Czy tęsknota kiedykolwiek zostanie zaspokojona? Kiedy takie i podobne pytania pojawiają się na okrągło w naszej świadomości to znaczy, że ukryte dotąd części nas wychodzą na światło dzienne. Utracone i osierocone części duszy zwracają się do nas z nadzieją na  spotkanie i zjednoczenie, gdzie w końcu będziemy mogli zająć się nimi z zainteresowaniem, świadomością i współczuciem. Dzięki naszej gotowości, żeby ich dotknąć i żeby one nas poruszyły, będą w stanie odnaleźć swoje prawowite miejsce w wielkim ekosystemie tego, czym jesteśmy.

Uczenie się nawiązywania kontaktu i rozjaśniania tych części, które czują strach, stawiają opór przed uzdrowieniem i zmianą jest aktem głębokiej życzliwości, chociaż to zadanie jest rzadko uwzględniane jako część naszej pracy wewnętrznej. To naturalne, że zapewniamy dom wyobrażeniom i aspektom nas samych, które pokrywają się z tym, jak chcemy być widziani; które wspierają nasze fantazje o tym, że niezmiennie sprawujemy kontrolę nad każdym elementem naszego życia. Jeśli jednak chodzi o inne głosy, które nie pasują do osoby, którą myślimy że jesteśmy, którą chcemy być, lub za którą chcemy uchodzić przed innymi, zrozumiałe, że napotykamy w sobie opór. Bronimy się przed tymi postaciami i rodzajami energii, porzucamy je, jak tylko się pojawiają i odsyłamy do cienia, skąd nadal będą próbowały do nas dotrzeć, na coraz bardziej kreatywne (i często niepokojące) sposoby. Będę miał o wiele więcej do powiedzenia o cieniu i nieuświadomionych częściach duszy w rozdziale 8.

Kiedy zaczynamy uważnie słuchać tych zróżnicowanych głosów i części nas samych, które mają coś do powiedzenia na temat procesu transformacji, natrafiamy na jedno z najbardziej subtelnych i najpotężniejszych odkryć w tej pracy – podstawa przeorganizowania naszego doświadczenia oraz manifestacja prawdziwego uzdrowienia leży w gruntownej korekcie przyjaźni z samym sobą. Tradycja Sufich zgrabnie i poetycko wypowiada się o naturze tego „Przyjaciela”, tajemniczego „innego”, który przez cały czas tęskni za relacją z nami, wskazując na tajemnicę przyjaźni i jej roli na ścieżce do przebudzenia. Ten Przyjaciel może pokazać się jako wewnętrzny lub zewnętrzny „inny” i przyciągać nas do siebie – do zjednoczenia, odkrycia, nowego znaczenia i światła. Prawdziwa przyjaźń musi obejmować nie tylko te części, które są pozytywne, lekkie, i utwierdzające nas w tym, kim uważamy, że jesteśmy, ale być może – co jeszcze ważniejsze – także te, z którymi nie jesteśmy za bardzo zaznajomieni lub czujemy do nich niechęć, lub są niezgodne z wizerunkiem jaki mamy o sobie. Często, w sposób sprzeczny do tych dążących do kontroli i utrzymywania status quo, radykalny akt zaprzyjaźnienia się ze wszystkimi częściami nas samych jest tym, co umożliwia prawdziwe uzdrowienie. To ważne, żeby sobie uświadomić i uszanować, jak bardzo jest to rewolucyjne – podróż, której celem jest odwrócić wiele lat, dekad, a być może nawet wcieleń nawykowych, uwarunkowanych wzorców tłumienia części siebie i umieszczania ich w ciemności, gdzie nie mają innego wyjścia, jak tylko próbować nawiązać z nami kontakt z cienia, żeby na nowo nas odnaleźć. Mówiąc bardziej poetycko, Przyjaciel bądź Przyjaciółka tęskni za nami, a my tęsknimy za nim lub za nią… pragniemy być znowu razem, tańcząc i bawiąc się w swobodnych stanach bycia, świadomości i miłości.

UZDROWIENIE ZAWSZE NAS ZASKOCZY

Chociaż możemy honorować autentyczne wezwanie do transformacji – te głosy, obrazy i części nas samych, które rzeczywiście chcą się uzdrowić – musimy być również przygotowani na konfrontację z realnymi następstwami tego, czego to wszystko będzie od nas nieuchronnie wymagać, a co może wywrócić nasze życie do góry nogami. Ponieważ kiedy się uzdrawiamy, sposób, w jaki organizowaliśmy dotychczas swoje doświadczenie – rzeczy, które lubimy robić, ludzie, do których nas ciągnie, znajome punkty odniesienia zapewniające nam tożsamość – to wszystko zwykle się rozpada. Jednak ten „rozpad” jest świętym procesem, dowodem na kluczową operację alchemiczną putrefactio, czyli rozkładu, w którym to, co znane rozpada się i dezintegruje, odsłaniając ważne i mniej znane wymiary naszego doświadczenia, niedostępne w okresach, kiedy wszystko jest jasne i „trzyma się kupy”. Nie mamy już dostępu do tych starych wewnętrznych towarzyszy duszy i nie możemy z nich korzystać w ten sam sposób, żeby zlokalizować siebie samych i potwierdzić kim uważamy, że jesteśmy, i co zaspokoi naszą najgłębszą tęsknotę. Zwyczajnie nie mogą nas już powstrzymywać; nie są wystarczająco subtelni, zróżnicowani ani wspaniali. Przeobrażenie swojego życia w ten sposób może na pierwszy rzut oka wydawać się inspirujące, a nawet ekscytujące (wchodzę w to!) jednak pamiętajmy, że prawdziwa przemiana jest tak samo niszcząca, jak i twórcza, i nie zawsze odpowiada temu, jak ją sobie wyobrażaliśmy. Innymi słowy, uzdrowienie z całą pewnością nas zaskoczy.

Na przykład, jeśli w pełni przekształcimy nasz wstyd i brak poczucia własnej wartości, i wyleczymy się z tego głęboko zakorzenionego poczucia, że coś jest z nami z gruntu nie tak, jak będzie wyglądać nasze życie? Jak będą wyglądać nasze relacje? Jak będziemy komunikować się z innymi, jeśli nie za pomocą bolesnych życiowych zranień? Kim będziemy… jak będziemy żyć, poruszać się, doświadczać swojego istnienia? Skoro ten znany nam obiektyw nie będzie już dla nas dostępny, jak będziemy patrzeć i odnajdywać swoją drogę? Wokół czego wszystko zorganizujemy? Jaka będzie oś, wokół której będziemy się poruszać? Jakim nowym obrazem, metaforą lub punktem widzenia będziemy się posługiwać?

Wiele osób, z którymi pracowałem na przestrzeni lat, odkrywało wielką wolność w uświadomieniu sobie, że nie są tymi, kim myśleli że są… jednocześnie utrata znajomych punktów odniesienia w wyniku doświadczenia głębokiego uzdrowienia czy przebudzenia okazywała się źródłem silnej dezorientacji. Ważne jest, żebyśmy uhonorowali każde z tych wydarzeń – zarówno naturę uwolnienia i wyzwolenia, jak i egzystencjalny, pierwotny zamęt, który może powstać w następstwie uzdrowienia. Jedną z tajemnic tej pracy jest to, że nie możemy wiedzieć z wyprzedzeniem, jak to będzie przeżywać swoje życie bez dotychczasowych uwarunkowanych sposobów patrzenia na świat. Jeśli odłożymy na bok swoje okulary (lub jeśli zdejmie je nam Życie lub Bóg, lub duch, lub dusza), będziemy musieli patrzeć nowymi oczami, nie mogąc już polegać na tym, że to, co znane, poprowadzi nas tak, jak było do tej pory. Możemy znaleźć się w miejscu pełnym głębokich sprzeczności. Owszem, wkroczenie na nowe terytorium niesie ze sobą pewną dozę ekscytacji, ale może również wywołać oszołomienie, a nawet panikę, ponieważ zaczniemy wyczuwać zbliżającą się konfrontację z nieznanym. W czasach przemiany musimy być dla siebie życzliwi, honorując rzeczywistość tego, co tak naprawdę znaczy się uzdrowić. Musimy zwolnić i wykazać się łagodnością, kiedy będziemy proszeni o zapewnienie sanktuarium dla zranień, żalu i niedoświadczanej wcześniej radości życia oraz o zaoferowanie świątyni odpoczynku, w której ci odrzuceni wewnętrzni podróżnicy będą mogli się zebrać i powrócić.

PRZEMIANA SERCA

Poruszając się po tym ożywionym, nowym terytorium, otwieramy drzwi (w niektórych przypadkach zapory) dla ponownego połączenia się z nieznanymi aspektami nas samych, a także z silnym niepokojem o własne przetrwanie, które nasze mechanizmy obronne skutecznie trzymały z dala od nas przez bardzo długi czas. To dosłownie niemożliwe, żeby wiedzieć, jak to dalej będzie wyglądać, ale moim zdaniem, na głębokim poziomie przeczuwamy pewne implikacje. To wewnętrzne odczucie budzi tę część nas, która sprzeciwia się uzdrawianiu, przekonana, że utrzymywanie rzeczy takimi, jakie są – nawet jeśli to „jakie są” jest dalekie od ideału, płytkie, nadmiernie chronione i nudne – to najbezpieczniejszy wybór, najpewniejszy sposób na trzymanie się z dala od przytłaczających uczuć i wystawiania się na zbytnią wrażliwość czy bezbronność.

Umożliwienie dialogu między tymi odmiennymi głosami może nam pomóc zrozumieć to paradoksalne terytorium, kiedy ze współczuciem słuchamy obu stron i zaczynamy lepiej rozumieć ich punkty widzenia i obawy. W ten sposób, gdy którakolwiek ze stron napływa w danym momencie, jesteśmy przygotowani do spotkania z każdą pojawiającą się myślą i doznaniem, bez osądzania czy atakowania siebie samych w obliczu postrzeganej niespójności. Jeśli nie zapewnimy azylu tym głosom, które szczerze pragną uzdrowienia, a zarazem nadal chcą stawiać mu opór, to prawdopodobnie dojdziemy do wniosku, że te sprzeczne energie są dowodem na obecność jakiegoś problemu, lub że w jakiś sposób ponieśliśmy porażkę. Możemy przerwać nawyk wyciągania takich wniosków, ucząc siebie, żeby spodziewać się tych uczuć, bez wpadania w pułapkę wstydu i poczucia winy, kiedy, nieuchronnie, sprzeczności się pojawią, za to skupiając się na obdarzaniu życzliwością i przyjaźnią wszystkiego co przychodzi, najlepiej jak tylko potrafimy. Chociaż zapewnienie pełnego akceptacji domu dla uczuć niepewności może nie być czymś, co kiedykolwiek będziemy chcieli zrobić, to prawdziwe uzdrowienie nigdy nie będzie możliwe bez zajęcia się naszą pierwotną bezbronnością oraz całością niedoświadczonych wcześniej uczuć i aspektów siebie, które trzymaliśmy poza obszarem świadomej uwagi. Podstawą przebudzenia oraz transformacji naszego życia jest okazanie życzliwości i przyjaźni wszystkim częściom nas samych, przywołania ich wszystkich z powrotem do domu, do większego pola tego, czym jesteśmy.

Kiedy pozwalamy sobie szanować te sprzeczności, postrzegamy je jako naturalne a nawet inteligentne i uświęcone, coraz dobitniej uświadamiamy sobie, że uzdrawianie nie jest procesem polegającym na pozbywaniu się niechcianego i odsyłaniu go w cień… jest za to dostrojeniem się do całości tego, czym jesteśmy. Opuszczając to, co tęskni za pojednaniem, stwarzamy warunki dla przyszłej eksplozji, która z całą pewnością wydarzy się na mniej-niż-świadome sposoby. Chodzi, zatem, o kultywowanie świadomej relacji nawet z naszym najbardziej niepokojącym i trudnym doświadczeniem, co paradoksalnie otwiera nas na większą, bardziej przestrzenną perspektywę, która pozwala zrobić użytek ze wszystkiego, co pojawia się jako „pokarm” czy energia dla głębszych warstw uzdrawiania. Nigdy nie przeorganizujemy wzorców, które wykształciliśmy w ciągu całego życia za pomocą autoagresji, która jedynie wzmacnia realia doświadczonego dawniej braku empatycznych reakcji ze strony otoczenia i wstydu, które wynikły z głębokiego poczucia, że coś jest z nami zdecydowanie nie tak.

Zwiększona świadomość jest kluczowa i potrzebna, jednak dla większości to nie wystarczy, żeby zmienić międzypokoleniowy trans nawykowych schematów. Wielu z nas ma całkiem sporo przemyśleń na temat naszych wbudowanych wzorców i „wie” co musi zrobić, żeby się wyleczyć, przebudzić czy przetransformować. Jednak pomimo całego tego „wiedzenia”, gruntowna zmiana może pozostawać nieuchwytna. W pewnym momencie okazuje się, że tylko przemiana serca ma dostatecznie dużo mocy, piękna i poetyckiego wpływu, żeby złagodzić ogromne wyczerpanie, rany i ból nieprzeżywanego w pełni życia, a miłość staje się najlepszym lekarstwem, które potrafi przeniknąć najgłębsze warstwy naszego uwarunkowania i wyraźnego poczucia oddzielenia.

To, jak ta „przemiana serca” wygląda i czym jest dla każdego z nas, musi zostać odkryte w ogniu naszego własnego bezpośredniego doświadczenia. Otwarcie się na swój ból, smutek i tęsknotę oraz pozwolenie na to, żeby ukazali się wewnętrzni sprzymierzeńcy wymaga od nas pracy – nie tylko na poziomie czystego zrozumienia, ale również głębokiego odczuwania i uszanowania psychiki i duszy, łącznie z nowym określeniem wartości i docenieniem naszej wrażliwości, dziwactw i unikalnych symptomów. Ważne jest, żeby pamiętać, że dla większości z nas wgląd i wnikliwość same w sobie nie ujawnią najgłębszych warstw transformacji i uzdrowienia, za którymi tęsknimy, za to dokona tego uważność, rozjaśniona od środka przez serce, ciepło i miłość. 

Starożytni alchemicy są tego świetnym przykładem, ponieważ relacja, jaką mieli ze swoim materiałem przypominała romans. Był gorący, intymny i żywy. Bywał też bolesny, łamiący serce, chaotyczny i cudowny. Oni przyznawali, żeby ten materiał był dla nich ważny. Kochali minerały, naczynia i ogień – i odnosili się do nich, jak do żywych istot, które umiłowali. Dla nich nie istniała żadna stała granica między materią i duchem.

To wszystko są metafory pomagające zrozumieć, jak możemy zająć się naszym własnym wewnętrznym doświadczeniem – „materią” naszych myśli, uczuć i doznań – praktykując intymność ze światem emocji i różnymi doświadczeniami, które do nas przychodzą, kiedy jesteśmy gotowi zaangażować się w alchemiczne opus naszego własnego życia.

METABOLIZOWANIE DOŚWIADCZEŃ

Aby móc siebie poznać i zaprzyjaźnić się ze sobą na najgłębszych poziomach, co jest jednym z fundamentów prawdziwego uzdrowienia, musimy rozwijać i pielęgnować nowy sposób odnoszenia się do samego siebie, bo to pozwoli, żeby nawet najtrudniejsze i najbardziej wymagające doświadczenia ujawniły nam swoje znaczenie, inteligencję, oraz ich cel w naszym życiu. Żeby tego dokonać, musimy zwolnić i zmienić nasze podejście – z myślenia o naszym doświadczeniu do pełnego przeżywania (objęcia) go. Musimy pozwolić sobie naprawdę się z nim zetknąć, oraz żeby ono dotknęło i poruszyło nas, zamiast jedynie wokół niego krążyć, ponieważ wtedy z pewnością nadal będziemy odczuwać pewien rodzaj rozłączenia. Tak jak musimy odpowiednio strawić pokarm, który spożywamy, żeby przyswoić zawarte w nim składniki odżywcze, musimy również przyswoić nasze doświadczenie, otrzymać zawartą w nim mądrość i święte informacje. Przez cały dzień i noc odbieramy wrażenia – za pośrednictwem naszych ciał: mentalnego, emocjonalnego, somatycznego (tj. cielesnego), wizualnego (imaginalnego) oraz duchowego. Życie jest nieprzerwanym strumieniem doświadczeń – rozmowami z przyjaciółmi, opiekowaniem się dziećmi, gotowaniem posiłków, wędrówkami na łonie natury, praktykowaniem jogi lub medytacji, wykonywaniem naszej pracy i twórczych projektów, czytaniem książek, robieniem zakupów spożywczych, załatwianiem codziennych spraw. Ale do jakiego stopnia tego wszystkiego doświadczamy? Na ile jesteśmy obecni w naszym bieżącym doświadczeniu, zanurzeni w nim i zaangażowani, pozwalający, żeby nas przenikało tak, aby mogło się stać prawdziwym doświadczeniem, a nie zaledwie przelotnym, powierzchownym wydarzeniem? Do jakiego stopnia w ciągu dnia działamy na autopilocie, tylko częściowo nawiązując prawdziwy kontakt z naszymi przyjaciółmi i rodziną, tylko po części interesując się sensoryczną rzeczywistością tego, co widzimy, słyszymy, czujemy, smakujemy i dotykamy?

Zwracam uwagę na sposób „metabolizowania” naszego doświadczenia, który pozwala nam wejść w kontakt i przyjąć je na najbardziej subtelnych poziomach, gdzie będzie w stanie zdradzić nam swoje właściwości, informacje oraz cel. Używając pojęcia „metabolizacja”, powołuję się na proces biologiczny w przenośnym znaczeniu, odnosząc go do przetwarzania i integrowania naszego doświadczenia, zwłaszcza tych myśli, uczuć, doznań i części nas samych, które w przeszłości odrzuciliśmy. Możemy nawiązać do tej samej idei przy użyciu innych słów zaczerpniętych z nauk biologicznych, takich jak „trawienie”, „przyswajanie” lub „wchłanianie”, co oznacza, że aby „posiłkować się” naszym doświadczeniem i wydobyć zawarte w nim „wartości odżywcze” konieczne jest skupienie, uwaga, zainteresowanie i pewien rodzaj ognia lub ciepła.

Sam fakt, że „mamy” jakieś doświadczenie, nie oznacza, że odpowiednio je trawimy i przyswajamy. Jeśli nasze emocjonalne i zmysłowe doświadczenia pozostają tylko częściowo przetworzone, stają się nieszczelne (psychiczna wersja, że się tak wyrażę, „zespołu nieszczelnego jelita”) i nie są w stanie zapewnić paliwa potrzebnego, żeby wieść życie pełne bliskości, silnych więzi i spontaniczności. Ta wewnętrzna psychiczna sytuacja jest analogiczna do nieprawidłowego przeżuwania i trawienia spożywanego pokarmu, przez co nie jesteśmy w stanie pozyskać z niego energii i składników odżywczych, których potrzebują nasze ciała do optymalnego funkcjonowania.

Choć pragnienie zmiany i transformacji jest naturalne, szlachetne i zasługuje na nasz szacunek i uwagę, jeśli nie będziemy uważni, może posłużyć jako silne przypomnienie oraz przejaw bolesnych realiów materializmu i samo-porzucenia. Jedną z ciemnych stron duchowych poszukiwań i (z pozoru) niekończącego się projektu samodoskonalenia jest to, że nigdy nie zwalniamy na tyle, żeby przetrawić wszystko, czym już zostaliśmy obdarowani – zwykle jest tego dużo więcej, niż świadomie zdajemy sobie sprawę. W pewnym sensie, biorąc pod uwagę podstawową alchemiczną substancję pierwotną (prima materia) potrzebną, żeby wieść spójne, bogate wewnętrznie życie, większość z nas już otrzymała wszystko – ale nie to „wszystko” co umysł myśli, że potrzebuje do szczęścia i uczucia spełnienia, a co stara się osiągnąć drogą wewnętrznego i zewnętrznego konsumpcjonizmu. Ani też nie takie „wszystko”, które dostosowuje się do naszych nadziei, lęków i marzeń o posiadaniu władzy i kontroli, oraz stale chroni nas przed konsekwencjami tego, co znaczy mieć delikatne (i podatne na złamanie) ludzkie serce, lecz „wszystko”, które już tu jest jako część naszej prawdziwej natury – surowce potrzebne do prowadzenia życia pełnego wewnętrznego zadowolenia i obfitości, ujawniające się dzięki wolnemu tempu i pokorze, a nie nieświadomemu, mechanicznemu zdobywaniu.

Należy pamiętać, że dla większości z nas uzdrowienie wydarza się stopniowo, powoli, wraz z upływem czasu, kiedy zaczynamy postrzegać siebie i swoje życia w nowy sposób. Każda mikro-chwila nowego spostrzeżenia, zrozumienia i perspektywy musi zostać zintegrowana i przetrawiona pojedynczo, uhonorowana i objęta opieką z zainteresowaniem, troską i uwagą. Zanim „ruszymy naprzód” do kolejnej chwili, musimy w pełni pojąć i otworzyć nasze serca na TĘ chwilę, która jest TERAZ… to powolne zajmowanie się (metabolizacja) jest częścią prawdziwej istoty trwałego, transformacyjnego i głębokiego uzdrowienia. Jeśli nie jesteśmy w stanie zmetabolizować naszych najbardziej intensywnych i niepokojących doświadczeń, będziemy się im sprzeciwiać, trwać w subtelnej wojnie, nie potrafiąc być z nimi w relacji, jak z uzdrawiającym sprzymierzeńcem.

W tradycji tybetańskiej występuje wizerunek głodnego ducha, postaci ze światów wyobraźni o wielkim, wydętym brzuchu i malutkich ustach. Niezależnie od tego, ile jedzenia (doświadczenia) się skonsumuje, wciąż występuje głębokie cierpienie i niedosyt. Bez względu na to, ile zdoła zjeść, duch nadal odczuwa nieustający głód. Ponieważ nie jest w stanie strawić, wykorzystać, ani nacieszyć się tym, co jest – w jego wnętrzu pozostaje pierwotna pustka, która wydaje się niemożliwa do wypełnienia. Jeśli ten obraz w jakikolwiek sposób odnosi się do naszego życia, jest to zaproszenie i wezwanie, żeby zwolnić tempo, posłać uwagę oraz współczucie wprost do tej pustki, napełnić ją obecnością, ciepłem, i w końcu zająć się tym, co już tu jest, a nie tym, czego brakuje i co być może nadejdzie któregoś dnia w przyszłości na skutek dalszego pozyskiwania.

Podobnie jak z jedzeniem – wybierając mądrze, przeżuwając uważnie, pozwalając sobie spróbować obfitości tego, co jest oferowane, i zaprzestając jedzenia, zanim poczujemy się pełni – możemy uhonorować ważność, realność oraz inteligencję naszego wewnętrznego doświadczenia, nawet jeśli jest ono trudne lub niepokojące. Gotowość do tego, żeby w pełni przetrawić (pojąć) naszą własną wrażliwość, kruchość, zamęt i cierpienie jest aktem miłości i żarliwej, wyjątkowej dobroci. W pokarmie naszego prawdziwie przeżywanego doświadczenia kryją się substancje odżywcze duszy, które pragną zostać zintegrowane, zmetabolizowane i przyswojone w płomieniach serca. Jednak to trawienie wymaga enzymów obecności, ucieleśnienia, współczucia i zaciekawienia tym, co jest tu i teraz.

Zatem zwolnijmy tempo i stańmy się świadomi sposobów na jakie usiłujemy wypełnić tę pustkę w środku, czy to za pomocą jedzenia, kiedy nie jesteśmy głodni, czy doświadczania kiedy jesteśmy go już pełni. I w ten sposób, możemy stąpać lekkim krokiem po tym świecie, na tej bezcennej planecie, nie jako głodne duchy, zdesperowane, żeby się najeść, ale jako bratni podróżnicy wewnętrznego dobrobytu, bogactwa i znaczenia.

WARSTWY METABOLIZACJI

Poruszając się po spirali, nielinearnie, proces metabolizacji wydaje się rozwijać  luźno w warstwy i etapy, których w rzeczywistości nie możemy pominąć. Możemy próbować je ominąć, czego z pewnością wielu z nas się podejmie, jednak zwykle prowadzi to do dalszego cierpienia i zmagań dla nas samych i innych. W rozdziale 7 omówię szczegółowo „omijanie” poszczególnych aspektów naszego doświadczenia w celu uniknięcia trudnych myśli i uczuć. Zamiast zawstydzać siebie i atakować za szukanie drogi na skróty lub szybszego i bezpieczniejszego sposobu, możemy wykorzystać dane doświadczenie, żeby wejść głębiej. Alchemicy zdawali sobie sprawę, często w wyniku ryzykownych perypetii, że nie mogą przejść do kolejnej fazy swojej pracy, dopóki pierwsza nie została ukończona, a przynajmniej zrozumiana, w najdrobniejszych szczegółach. Jeśli pominiemy decydujące etapy rozpadu, spadku (deflacji) i rozróżniania, nie będziemy mogli w pełni wprowadzić w życie i przejść kolejnych działań, takich jak koagulacja (okrzepnięcie), synteza (połączenie) i zjednoczenie.

Choć jest to coraz bardziej popularne w naukach psychologicznych i duchowych, żeby „akceptować”, a nawet „kochać” nasze najgłębsze lęki, słabe punkty i wady, byłoby naiwne sądzić, że możemy tego dokonać bez uprzedniego poznania danego materiału takim jaki jest, i bez żadnych ukrytych zamiarów przekształcić go w coś innego. Najpierw musimy zająć się tym materiałem z ciepłem, ciekawością i zainteresowaniem tak, abyśmy mogli poznać go i jego cechy, zanim otworzymy na niego nasze serca. Ten rodzaj umiejętnej cierpliwości i powolności jest ogromnym aktem życzliwości, który możemy włączyć do naszej pracy i nie zmuszać się do „kochania”, „akceptowania” czy „przebaczenia”, zanim będzie to wskazane, i zanim w pełni dotkniemy i sami zostaniemy dotknięci przez ból, żal, zamęt, bezbronność i wrażliwość znajdujące się z nami w tym naczyniu. Kiedy niespiesznie i uważnie odnosimy się w ten sposób do „materiału” naszego emocjonalnego doświadczenia, kontynuujemy proces jego trawienia (przetwarzania) i metabolizacji. Spotykając się z materiałem naszego życia realnie, z rozwagą i zainteresowaniem możemy dostrzec lęki, słabe punkty i wady takimi jakie są, poczuć ich właściwości i strukturę, zbadać ich subtelności i niuanse, oraz odkryć, że choć mogą wydawać się przeszkodami stojącymi na drodze do tego, za czym najbardziej tęsknimy, w istocie są portalami i przejściami, które nas tam prowadzą, odsłaniającymi bardziej zróżnicowaną głębię i duszę.

Jak odkryli alchemicy, musimy najpierw oddzielić się od zawartości, żeby móc wejść z nią w relację, gdzie będziemy mogli wyraźnie ją zobaczyć i odróżnić jej rozmaite elementy, właściwości i treści. Chcemy znaleźć się blisko, ale nie nazbyt blisko, żeby nie połączyć się z materiałem i nie stopić z nim, tym samym tracąc perspektywę. Chcemy poczuć jego strukturę i to, w jaki sposób przychodzi do nas w chwili aktywacji lub kiedy zostaje sprowokowany, szczerze zainteresowani poznaniem go na najgłębszym możliwym poziomie, nie jako wroga z zewnątrz, ale jako część nas, która pragnie wrócić do domu. Alchemiczny proces separatio (oddzielenia) jest kluczowy na naszej drodze do takiego poznania wewnętrznego materiału, poprzez praktykowanie bliskości, ale bez stapiania się z nim czy uwikłania. Potencjalne mylenie ja z materiałem jest czymś, co zarówno tradycje medytacyjne, jak i alchemiczne zauważały, śledziły i próbowały wyjaśniać w swojej pracy.

Nie możemy oczekiwać, że od razu przejdziemy z uaktywnionego stanu przytłoczenia prosto do akceptacji i miłości, ponieważ musielibyśmy ominąć istotne etapy poznawania tego materiału w pierwszej kolejności, odkrywania jego właściwości i zapachów, jego znaczenia i nabytej roli, którą być może nadal odgrywa w naszym życiu. To zaszczytne, dążyć do akceptacji i miłości jako do szlachetnych wartości i celów, jednak te doświadczenia pozostają nieurzeczywistnionymi ideami, dopóki nie pojawią się naturalnie, w wyniku zajmowania się bólem, żalem i emocjonalną bezbronnością znajdującą się tuż pod powierzchnią. Tak długo, jak istnieje nieświadoma motywacja do pracy z materiałem jedynie po to, żeby pozbyć się go z naszego doświadczenia, jest mało prawdopodobne, że zdołamy dostać się do niego na tyle blisko, żeby odtajał i rozjaśnił się w cieple naszego serca.

Na początku musimy nauczyć się pozostawania z daną intensywnością przez krótkie odcinki czasu, wchodząc w nią na kilka chwil w prowokujący, ale nie traumatyzujący sposób, naciskając na siebie odrobinę, ale tak, żeby nie było to przytłaczające tylko wzmocniło naszą zaradność i odporność, i pozwalając sobie dotknąć tych części nas, które w przeszłości wydawały się nieprzystępne i niebezpieczne. Tutaj, powoli znaczy dobrze, ponieważ to zwiększa naszą tolerancję na emocjonalną i somatyczną intensywność, krok po kroku w miarę upływu czasu. Tu nie ma gonitwy do mety ani zawstydzania siebie, że proces trwa „zbyt długo” albo robimy coś nie tak. W sercu, duszy, w układzie nerwowym nie ma czegoś takiego jak „za długo”, lecz tylko tak długo jak trzeba.

ŻYCZLIWA REEDUKACJA

Ponowne zaznajomienie się ze sposobami bycia, odczuwania i postrzegania, których wyparliśmy się w przeszłości wymaga praktyki i życzliwego przeuczenia naszego układu nerwowego, żeby wytrzymał i pomieścił to, co niegdyś nie było możliwe. To nie jest przedsięwzięcie, z którym należy się spieszyć czy atakować siebie, że nie wykonujemy go wystarczająco szybko… ani nie jest to nowy cel do wpisania na naszą duchową listę rzeczy do zrobienia. Ten proces przebiega według własnego porządku czasowego, który jest unikalny dla każdego z nas i musimy go uszanować. Pragnienie, żeby „tam dotrzeć” i błyskawicznie wszystko wyleczyć zazwyczaj nie jest przejawem prawdziwej życzliwości i współczucia dla siebie, ale pozostałością po tym, w jaki sposób w rodzinach, z których pochodzimy reagowano na nasze emocjonalne doświadczenie, kiedy byliśmy dziećmi; czyli, to jest złe, niedobre, nie w porządku, niewłaściwe i należy natychmiast sobie z tym poradzić (stłumić, wyeliminować).

Krok po kroku odkryjemy, że po jakimś czasie jesteśmy w stanie znieść dany materiał i na nowo tchnąć życie w te części nas, gdzie oddech nie był kiedyś możliwy. Możemy odmrozić ciało, serce i te wewnętrzne aspekty i uczucia, które trzymaliśmy w zamknięciu, żeby się chronić. Choć w danym momencie możemy odczuwać to inaczej, możliwe jest, żeby uświadomić sobie w sposób empiryczny (a nie jedynie wierząc komuś na słowo czy poprzez zrozumienie konceptualne), że pozostawanie z intensywnym uczuciem przez kilka sekund nie stanowi rzeczywistego zagrożenia dla naszego przetrwania. Samo to jest wielkim odkryciem, którego nie powinno się lekceważyć. Jakimś cudem, w sposób, który może nas zaskoczyć, jesteśmy w stanie spotkać się i zrobić miejsce na doświadczenie, które, jak wcześniej myśleliśmy, mogłoby nas zniszczyć. Mimo, że być może będziemy próbowali sobie wmówić, że „kilka sekund” nie ma znaczenia, to nie do końca prawda. Kilka sekund za jednym razem tworzy neuronowe rusztowanie, które wspiera długotrwałą transformację.

Zanim będziemy mogli wchodzić głębiej w obszary akceptacji, miłości i przebaczenia, musimy najpierw przekonać się i doświadczyć na własnej skórze, że pozostawanie z tym, co w przeszłości było nie do zniesienia, nie sprawi, że wpadniemy w stan niepokoju, z którym nic nie będziemy mogli zrobić. To niezbędne poczucie bezpieczeństwa jest doświadczeniem, którego nie można pominąć… w przeciwnym razie bardzo możliwe, że powrócimy do starych nawyków autoagresji, a nawet przemocy. Dawniej, nie posiadając określonych zdolności, żeby zaopiekować się i pokierować sobą, musieliśmy zrobić wszystko, żeby uciec przed ogniem doświadczenia i szybko powrócić na bezpieczny grunt, nawet jeśli wymagało to od nas porzucenia siebie i wejścia w stan dysocjacji. Był to najmądrzejszy wybór w tamtym momencie, i możemy być wdzięczni, że mieliśmy zasoby potrzebne do podjęcia takiej decyzji (nawet jeśli nieświadomie), co nie każdy jest w stanie zrobić. Choć czynność wyparcia generalnie niesie ze sobą negatywne skojarzenia, jest to rozwojowe osiągnięcie, które występuje w naszym wczesnym życiu, i w przypadku tych, którzy nie są w stanie zastosować strategii dysocjacyjnych, konsekwencje mogą być dość poważne. Gdybyśmy dopuścili do siebie każdą ukrytą myśl, uczucie, emocję i wspomnienie, jakie pojawiają się w danej chwili, postawilibyśmy siebie w niebezpiecznym miejscu, bo nie wiedzielibyśmy jak sobie z tym poradzić. 

ZBLIŻANIE SIĘ DO MATERIAŁU

Kiedy już wielokrotnie doświadczymy, że potrafimy znieść małe dawki intensywności w formie aktywnych myśli i uczuć, możemy zacząć zwiększać naszą tolerancję i zostawać w tym natężeniu przez dwie sekundy, zamiast tylko jedną, lub przez dziesięć, zamiast przez pięć… i tak dalej. Proszę, weź pod uwagę, że mówię tutaj o sekundach, nie o minutach czy godzinach. Tym sposobem, przechodzimy od zaledwie tolerowania danego materiału do tego, że zaczynamy go mieścić i utrzymywać, powoli odkrywając możliwości, które mogły nie być dla nas dostępne zaledwie tygodnie czy miesiące temu… nawet jeśli tylko w niewielkim stopniu, odkrycie to zaczyna otwierać nasze serca. W naturalny sposób stajemy się bardziej zainteresowani, chcąc troszczyć się o siebie w nowy sposób, który „podgrzewa” materiał w naczyniu i pozwala nam się do niego zbliżyć.

Gdy intensywność jest już trochę  złagodzona, a my coraz bardziej nabieramy pewności, że potrafimy przebywać w tym stanie przez krótkie okresy czasu bez rozpadania się na kawałki, odkrywamy bezpieczeństwo i zgodę, żeby wchodzić w bardziej otwarte i wrażliwe wymiary naszego doświadczenia, łącznie z tym, że zaczynamy akceptować to, co nadeszło. Trzeba wyraźnie zaznaczyć – „akceptować” nie oznacza, że godzimy się na coś, czymś się zadowalamy, jesteśmy pogodzeni, żeby coś trwało wiecznie, albo wręcz twierdzimy, że „podoba nam się” to, co się dzieje, że to dla nas „w porządku”, lub przebaczyliśmy drugiej osobie, która sprawiła nam ból. Zaczynamy raczej dostrzegać głębokie pragnienie (i możliwość), żeby przestać porzucać siebie i swoje bezpośrednie doświadczenie, nawet jeśli uważamy, że daleko mu od ideału. Jesteśmy gotowi doświadczać tego, co się wydarza, przejść przez to – a nie wokół tego – ponieważ wyczuwamy, że opieranie się temu, co jest – a co w literaturze z dziedziny psychologii nazywane jest unikaniem doświadczenia – jest główną przyczyną wielu naszych emocjonalnych cierpień. Uznajemy, że właśnie tak wygląda rzeczywistość w tej chwili, i nie chcemy już dłużej się z nią sprzeczać, ponieważ to jedynie zwiększa nasze zmagania.

Warto zauważyć, że „akceptowanie czy uznawanie” i „niesprzeczanie się z rzeczywistością” to przede wszystkim wewnętrzna praktyka świadomości i współczucia, troskliwe zajmowanie się myślami, uczuciami i wrażeniami, które przeżywamy w danej chwili. Nie oznacza to, że w świecie zewnętrznym mamy być bierni lub nie mamy się bronić. Nie chodzi o to, że mamy „akceptować” zaniedbanie, złe traktowanie lub nadużycie, czy też „nie sprzeczać się” z kimś, kto nas rani. To akt inteligencji i uczciwości, żeby wyraźnie zaznaczać swoje granice, powiedzieć nie (czasami głośno i zdecydowanie), angażować się w zdrowy konflikt, kiedy to konieczne, i robić co należy, żeby chronić nasze własne ciało, psychikę i integralność. W tym wewnętrznym „nie sprzeczaniu się” możemy zacząć odkrywać, że akt samo-porzucenia we wszystkich swoich postaciach jest często bardziej bolesny, niż uczucia same w sobie. To naprawdę ważna chwila, kiedy to sobie uświadomimy i możemy w ten sposób uwolnić olbrzymią ilość energii.

Żeby uczynić ten proces bardziej personalnym i żywym, możesz wypowiedzieć (po cichu lub na głos, do siebie lub do drugiej osoby) swoją własną, osobistą deklarację, że przestajesz porzucać siebie, będziesz blisko siebie w chwilach aktywacji i silnego poruszenia, oraz okażesz sobie życzliwość i współczucie. Znajdź proszę słowa, które będą przemawiać do ciebie… na przykład możesz powiedzieć –  Już dłużej nie będę tego robić. Mimo że wiele mnie to kosztuje i mam wrażenie, że stąpam po niepewnym i potencjalnie niebezpiecznym gruncie, zamierzam zaopiekować się moją wrażliwością, zadbać o nią i wybrać nową drogę. Będę dla siebie przyjacielem… już nie chcę być swoim wrogiem. Nawet jeśli nie będę w tym idealny i czasem prawdopodobnie poniosę porażkę, wytrwale będę trwać przy moim zobowiązaniu, żeby nie odwracać się od siebie. To tutaj nasze działania przenoszą się bardziej do serca, gdzie nie jesteśmy już tak skupieni na dokładnym zrozumieniu lub czystej świadomości, ani odgrodzeni murem czy chronieni jako świadkowie przyglądający się z boku. Zamiast tego, zaczynamy sprawdzać i badać co by oznaczało w czasie rzeczywistym – otworzyć serce na swój ból, przytulić go i trzymać tak jak matka lub ojciec otaczają ramionami swoje małe dziecko. Owszem, to jest ryzykowne. Owszem, to jest trudne. Owszem, to będzie wymagało od nas wszystkiego. Jednak, jak wielu z nas zaczęło się przekonywać, nie ma już innego wyjścia.

To jest radykalna zmiana, w której naprawdę idziemy pod prąd naszych dotychczasowych nawyków. Zaczynamy okazywać życzliwość uczuciom i tym częściom nas, które wcześniej musieliśmy porzucić, uwalniając je z uwikłań i ożywiając ciepłem naszej własnej obecności, której w takich chwilach potrzebujemy bardziej niż kiedykolwiek. Możemy się wtedy przekonać czy cierpienie rzeczywiście jest nieodłącznie związane z trudnymi emocjami – czy jest im przypisane jako niezbędna część ich natury – czy może właśnie odrzucenie ich, odwrócenie się od nich, uznanie za dowód, że coś jest z nami nie tak, to podstawowe przyczyny naszych zmagań. Ten drugi wniosek jest jednym z kluczowych odkryć tradycji medytacyjnych – ostatecznie osiągamy wolność nie poprzez zmianę naszych myśli i uczuć oraz zastąpienie ich czymś bardziej pożądanym, ale poprzez naszą relację z tym, co się pojawia. Przekonując się na własnej skórze, że cierpienie nie jest nieodłączną częścią pojawiającego się falami smutku, wściekłości, wstydu, żalu czy zamętu, możemy całkowicie odmienić nasze życie, ponieważ staje się jasne, że nie musimy pozbywać się, zmieniać, przekształcać, ani nawet „uzdrawiać” naszych emocji, żeby doświadczyć wolności i pełni życia.

ZAPRZYJAŹNIĆ SIĘ Z NIEPROSZONYM

Od tego momentu nasza prawdziwa, empiryczna podróż nawiązywania przyjaźni po prostu toczy się dalej, wypełniając się coraz głębszymi i bardziej zintegrowanymi formami świadomości, życzliwości oraz odkryć, zmierzając do rdzenia tego, co się pojawia i dotykając tego naszym sercem, ogrzewając uważnym zainteresowaniem, i zajmując się wszystkimi częściami nas samych w ramach naturalnej praktyki okazywania samemu sobie współczucia. Tak, to jest „praktyka”, nie jakiś cel, który sobie wyznaczamy, żeby potem winić się, że go „nie osiągnęliśmy” – jesteśmy gotowi zakończyć ten cykl i zamienić go na coś bardziej twórczego, bardziej magicznego i bardziej ożywczego. Jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że ta alchemiczna przemiana starych ścieżek – zastąpienie porzucania siebie i archaicznej błędnej percepcji obwodem empatii, wyraźnego widzenia, mądrości i życzliwości – rzeczywiście wymaga praktyki… po kilka sekund naraz… z chwili na chwilę. To rzadko wydarza się ot tak, samo z siebie.

Ćwicząc w ten sposób, możemy zauważyć, że staje się to dla nas drugą naturą, żeby być blisko siebie w obliczu trudnych myśli i uczuć – po prostu nie możemy już znieść porzucania samego siebie. Zamiast tego możemy skierować nasz oddech w to, co przedtem uznaliśmy za nieważne, nie do zniesienia, niewykonalne. Zaczynamy odkrywać delikatną łagodność i przestronność leżącą u podstaw naszych nawet najbardziej niepokojących doświadczeń, i znajdujemy prawdziwe schronienie, wcale nie poprzez zwalczanie danego materiału, lecz poprzez nasycenie go coraz głębszymi poziomami czułej uwagi.

Ostatecznie może zaczniemy doceniać, a nawet kochać nasze odruchy związane z silnymi emocjami  i wyzwalaczami (ang. triggers), szczerze pragnąc się na nie otworzyć i poznawać ich subtelności na coraz głębszych poziomach, zafascynowani okazją, żeby dowiedzieć się więcej o świadomości w miarę jak nabiera ona kształtu. To trochę tak, jak gdyby małe dziecko pukało do drzwi, chcąc żeby ktoś na chwilę je wpuścił, szukając schronienia przed wyczerpującą podróżą i prosząc o zwolnienie od dźwigania ciężaru. Jaka byłaby nasza reakcja, gdyby pojawił się taki maluch – zmęczony, zziębnięty, przestraszony i zagubiony – pragnący tylko nieco odpoczynku, trochę czułości i bezpiecznego miejsca w cieple? Sądzę, że wielu z nas czuje, że otworzylibyśmy te drzwi i wpuścili dziecko do środka – nakarmili je, przyodziali, zapewnili jemu czy jej ochronę i przytulili. Pamiętajmy jednak, że nie możemy tak po prostu „przeskoczyć” do etapu akceptacji i miłości, nawet jeśli naszym zamiarem jest ostatecznie się tam znaleźć. Musimy być szczerzy co do tego, w jakim miejscu jesteśmy obecnie i jakimi możliwościami dysponujemy w danym momencie. Jeśli przejdziemy do tych obszarów gwałtownie, zbyt pochopnie, zanim jeszcze będziemy gotowi – nie zajmując się najpierw prawdziwym zranieniem, żalem, smutkiem czy bólem – będziemy się jedynie w nich umacniać. „Omijanie” realnego spotkania i przejścia przez trudne myśli, uczucia czy doznania – zbyt szybkie przeskoczenie do akceptacji, miłości i przebaczenia – to jeden z najczęstszych przejawów duchowego eskapizmu, o czym piszę w rozdziale 7.

Kiedy okazujemy życzliwość nieproszonym gościom, poświęcając szczególną uwagę tym częściom nas samych, które wołają o dodatkową troskę i uwagę, to normalne, że możemy odczuwać pewien strach, niepewność i wahanie. Chęć pozbycia się tego strachu jest naturalną reakcją, ponieważ dochodzimy do wniosku, że jego obecność stanowi przeszkodę na naszej ścieżce. Bo przecież nie powinniśmy się bać, prawda? Czyż nie powinniśmy wybrać miłości, zamiast strachu? Czyż strach nie jest oznaką „niskich wibracji”? Jak zawsze, musimy zwolnić i nie dać się zwieść tym, głoszonym zapewne w dobrej wierze, duchowym frazesom. Musimy wykazać się większą subtelnością i zdolnością rozróżniania. Być może to nie lęk jest problemem, ale, znowu, odrzucanie go, uznawanie za coś patologicznego i porzucanie w momencie, gdy niewątpliwie składa nam wizytę. To oczywiście zrozumiałe, że chcemy „przemienić” strach, ale z mojego doświadczenia wynika, że lęk ma w sobie wbudowaną inteligencję, a w jego rdzeniu kryje się pewien przekaz  – sygnał pobudki od tej części nas, która tęskni za tym, żebyśmy ją rozpoznali i pozwolili jej na powrót do domu. Jeśli „pozbędziemy” się tego strachu zbyt szybko, bez uprzedniego ogrzania go w wewnętrznym naczyniu płomieniem naszego zaciekawienia i świadomości, utracimy kontakt z kryjącym się tam przekazem lub przewodnictwem dotyczącym naszej podróży.

 W takim stopniu, jak będziemy stawiać opór przed spotkaniem i zaprzyjaźnieniem się z naszym strachem, umocnimy nasze przekonanie o tym, że jest czymś patologicznym i nieprzydatnym, co z kolei jedynie utrzymuje go przy życiu w naszej strukturze psychicznej. Zamiast usilnie starać się wyeliminować lęk (zwykłą ludzką emocję) z naszego doświadczenia, możemy poeksperymentować w małych dawkach, spotykając się z nim, smakując, obejmując, badając jego kontury i strukturę. W ramach eksperymentu możemy odwołać wojnę ze strachem i zapewnić schronienie temu przerażonemu, małemu dziecku w nas, gdzie będzie mogło zostać wysłuchane, gdzie jego czy jej uczucia będą mogły zostać doświadczone, a głębokie wewnętrzne przekonania rozjaśnione. Robimy to, żeby w końcu móc dowiedzieć się, czego ono potrzebuje, dlaczego pojawił się strach, i w jaki sposób możemy zatroszczyć się o tę ważną część nas w nowy sposób. Ośmielamy się zobaczyć funkcję, jaką ten przerażony maluch mógł pełnić w naszym życiowym doświadczeniu, oraz przewodnictwo i informacje, jakie on czy ona może dla nas skrywać. Zachęcam cię, żebyś powoli zaczął uczyć się pozostawania ze swoim lękiem i wewnętrznymi postaciami, które tak długo dźwigały go na swych barkach… żebyś budował zasoby, rusztowania i niezbędne poczucie, że jest „wystarczająco bezpiecznie”, dzięki czemu będziesz w stanie rzeczywiście otworzyć serce na tych starych towarzyszy. Już dłużej nie musimy bać się naszego strachu – zamiast tego wejdźmy z nim w relację, jak z bratnim podróżnikiem, który po prostu przybrał wymagającą lub wręcz gniewną formę.

Uświadamiając sobie prawdziwe następstwa transformacji i uzdrowienia naszych najgłębszych ran oraz błędnego postrzegania, możemy wnieść do naszego życia więcej współczucia i wglądu dzięki zrozumieniu dlaczego uzdrawianie może niekiedy wydawać się tak trudne. Aby uhonorować tę pełną wewnętrznych sprzeczności naturę uzdrawiania, musimy zwolnić, nie zakładać, że wiemy co oznacza słowo „uzdrawianie”, oraz być gotowi, żeby zacząć na nowo. Tworząc te nowe podstawy, budujemy zasoby potrzebne do wkroczenia na niezbadane terytorium. Na takim rusztowaniu jesteśmy w stanie stworzyć nowe ścieżki doświadczenia, które pozwolą na większą elastyczność, wolność i naturalną radość. 

Otwierając się na możliwość, że trwała przemiana i uzdrowienie polegają nie tyle na zmienianiu naszego doświadczenia, ile na przeuczeniu siebie, żeby wychodzić naprzeciw tym doświadczeniom z nowymi poziomami zainteresowania, perspektywy i ciepła, zaczynamy wyczuwać święty świat, który zawsze i od zawsze tu jest, a nie produkt jakiegoś wielkiego projektu samodoskonalenia.

Uzdrawiająca Przestrzen